wtorek, 5 października 2010

wyznanie statusowe

W robocie zapierdol, że po nocach wracam.
Na planszy grałem ostatnio 4 września coś (tak twierdzi BGG).
Na kompie nawet nie mam kiedy odpalić czołgów.
Książki skończyć nie mam kiedy.
Nie mam kiedy napisać porządnej notki.
Na Essen nie pojadę.
Dramat kurwa.

środa, 29 września 2010

tylko dla rodziców (i ewentualnie chrzestych)

Sympatyczne bajki dla dzieci udało mi się wyczaić jakiś czas temu. Byłem przekonany, że przez przypadek (bo takie "bajeczki" z twardymi kartkami kupuje się na czuja, a potem się okazuje czy to jest coś warte), ale z tej samej serii trafiłem kolejne. I bardzo pięknie.

Wydawnictwo nazywa się Bajka (oryginalnie!) i wydaje rzeczy dla dzieci w różnym wieku. Młodego to raczej nie ruszają one, bo on to raczej Hobbita, LOTRa a zaraz pewnie Pottera będzie wysłuchiwać, ale dla Młodej, książeczki są idealne. Rewelacyjne graficznie (wyglądają jak namalowane akwarelami na płótnie), bardzo ciepłe i dowcipne obrazki. Do tego naprawdę fajne teksty - nietrywialne rymy, ciekawe historyjki. To rzadkość, bo standardem jest produkcja masowego GÓWNA. W większości pozycji rzygać się chce już na nie patrząc, że o czytaniu nie wspomnę. Szczęśliwie są jednak wyjątki.

Teraz kupiliśmy "Czarodzieja Prztyka" i "Kolory". Podczas czytania, Młoda aż piszczy, tak się cieszy oglądając obrazki i słuchając historyjek. Szacun dla autorki Autorki. Teksty pisze Małgorzata Strzałkowska i robi to naprawdę zawodowo. Wygrzebałem jej wywiad dla "Wysokich obcasów", świetny, polecam. Mało osób rozumie teraz idee baśni, inicjacji i rolę jaką spełniają w okresie dzieciństwa. Tow. Strzałkowska rozumie i chwała jej za to.  Jak się czyta coś takiego jak niżej, to serce rośnie:

Wysokie obcasy: Czy dzieci warto oszukiwać po to, żeby złagodzić im świat? W uproszczonej dla najmłodszych wersji baśni o Czerwonym Kapturku,którą czytam mojemu niespełna trzyletniemu synowi, babcia chowa się do szafy.
M. Strzałkowska: Nie ma sensu cenzurować baśni, bo dzieciństwo jest między innymi po to, żeby oswoić się z lękiem. Najgorsze to wejść z nieoswojonym lękiem w dorosłe życie, to jest horror, sama to przeżyłam. Dzieci w pewnym sensie naturalnie lubią się bać, straszą się, mówią: "Mamo, boję się ciemności", ale proszą też: "Mamo, opowiedz mi o duchach". Baśń, w której babcia chowa się do szafy, niczego dziecka nie nauczy. Jeśli babcię zje wilk, dziecko się przestraszy i wtedy trzeba mu pomóc wyjść z lęku - przytulić, uspokoić. W "Wierszach że aż strach", które przygotowuję dla wydawnictwa Media Rodzina, pokazuję różne sposoby radzenia sobie ze strachami. Oczywiście od teorii psychologicznej do wierszyka dla dzieci jest długa droga. Pokazuję np. Babę Jagę, która jest całkiem maciupeńka, czy ducha, który bardziej się boi, niż straszy.
źródło: Wysokie obcasy


A Bajka ma nawet profil na FB. No idzie nowe w branży :) Fanów mało, ale trudno. Gdybym nie lał na fejsa, to może bym ich zlajkował, ale to byłoby złamanie zasad, a jakieś zasady mieć trzeba.

sobota, 25 września 2010

Wróżki-Zębuszki spodziewana wizyta

Młodemu od kilku dni dość porządnie ruszał się ząb, do czego mocno się przyczyniał "pracując" nad nim językiem. Kiedy wieczorem mu czytam, leży obok i memłając ustami emituje dźwięki, jakich można się spodziewać, gdy coś w typie zęba będzie wchodziło w interakcję z innym zębem.

Dzisiaj kiedy przyszedłem do przedszkola po niego, od progu powitał mnie informacją że "psy śniadaniu zomp mi wyleciał, a ja myślałem ze to taka tfarda wendlinka". Wędlinka - wędlinką, ale zęba z pyska wyjął i potem każdemu z dumą pokazywał. To jego drugi wypadający mleczak. Przez pół popołudnia słuchałem, jak to przyjdzie do niego w nocy Wróżka-Zębuszka i podmieni na różne rzeczy. Czego tam nie było... Mały zestaw Lego, duży zestaw Lego, "pienionszki", itd. Jak sam zaznaczał, cieszy się, że teraz śpi w domu, bo poprzedni ząb wyleciał mu w wakacje, a wtedy spał u babci i Wróżka-Zębuszka nie znała jego adresu i nie przyniosła żadnego prezentu. Słaba ta wróżka ;)


Z tego co widziałem przed chwilą, to Wróżka nie przyniosła prezentu materialnego, ale pozostawiła kwotę odpowiednią akurat na zakup Bionicla. No, to już wiem jakie będę miał plany na jutro albo niedzielę ;)

piątek, 24 września 2010

japońce: co nieco o dziwakach

Japońce to jednak zdrowo posrani są. Niby prawda ta jest dość powszechna, ale jednak ciągle daje o sobie znać i z różnych miejsc się wylewa. Teraz podczytuje sobie (a właściwie kończę, po kilku miesiącach przerwy) "Punkty zwrotne" Iana Kershawa.

To co jest tam opisane na temat Japonii i sposobu w jaki tworzył się plan wypowiedzenia wojny USA, to modelowa opowieść pt. "jak to jest mieć nasrane pod sufitem". Skośnoocy niewątpliwie mają, a przynajmniej wtedy mieli. Dość trudno uwierzyć, w jaki sposób cywilizowany (aczkolwiek nieco skopany) kraj w pełni świadomie postanawia wypowiedzieć wojnę, która z góry jest przegrana. Nawet niemieckie plany podboju miały jakieś szanse powodzenia, tym bardziej że przez jakiś czas Blitzkrieg przynosił efekty zaskakujące. Japonia od początku wiedziała, że wojnę przegra: nie ma surowców, ma przestarzałą gospodarkę a na dodatek jest mocno zaangażowana militarnie w Chinach. Siła przekonywania munduru w tamtejszej kulturze jest niesamowita, nawet jeśli wszyscy dookoła wiedzą, że będzie to klęska. Niewiarygodne.

Pozostała część książki jest naprawdę bardzo dobra i warto przeczytać, bo to taka "historia nieznana". Przeważnie w mediach jest się skarmianym częścią militarną konfliktu. Tutaj pojawia się ona jako tło. Prawdziwa gra toczy się w gabinetach: na posiedzeniach rządu, naradach, sztabach, parlamentach i to właśnie pokazuje Kershaw.

niedziela, 19 września 2010

po urlopie / pozamiatane

I juz Wawa i halas miasta za oknem. Polowa wrzesnia, nastepny sensowny (czytaj: rowerowy) wyjazd to chyba pozna wiosna. Teraz wielkie pranie (po 4 osobach przez 2 tygodnie w blotnej okolicy) i PROBY  wysuszenia przed poniedzialkiem.

Szczesliwie dla ryb, tesciowka zastosowala sie do polecen i nie przekarmiala. Skutkiem jest zero trupow i czysta jak krysztal woda. Niesamowite, bo po kazdym wyjezdzie mialem zupe a nie akwa. Calkiem tez niezle sprawuje sei nowy sklad o charakterze drobnicowym - fajnie wyglada jak duzo malych kolorowych rybek plywa :)

piątek, 17 września 2010

koniec urlopu: slaaaaaaaaaaaaaaabo

ehhhhhhhh, ostatnie dni (a wlasciwie tydzien) to rowerowa porazka. za oknem cudownie pada, chmury i mgly, a czlowiek siedzi w domu z powodu awarii. wiele rzeczy ze soba zabralem, bylem przekonany ze czekaja mnie regularne latania detek i zmiany opon, a tymczasem sprawa sie rypla o szpryche i scentrowane kolo (tylne). niby w poniedzialek mi to gosciu w krynicy zrobil, ale cos slaaaaaaaaaaaaaabo. nastepnego dnia rano sie wybralem i na rowerze nie dalo sie sensownei jechac. mimo zem nie ulomek, to telepalo mna na prawo i lewo w sposob masakryczny. a na nowe obrecze i piasty to teraz nie mam, wiec po 3 km zawrocilem i skonczylo sie jezdzenie. mam wrazenie, ze serwisant wkrecil mi tylko brakujaca szpryche, ale pozostalych nie sprawdzil. dupa i zmarnowany tydzien :(

a jeszcze gorsza rzecz, ze jutro wracam do wawy, a w poniedzialek do roboty. boszzzzzzzzzzzzzzzzzzzz. nie chce!!!

niedziela, 12 września 2010

urlop - dzień ósmy: w chmurach i błocie

Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu, nieeeeeeeeeech żyyyyyyyyyyyyje naaaaaaaaaaaam. To śpiewałem ja, rowerzysta trzeciej klasy. Wczoraj nie śpiewałem, ale mam zwolnienie.

Dwa ostatnie dni bez porządnej jazdy - jedna pauza planowana (sobota w Sączu od rana), druga zawiniona (totalnie zaspałem w piątek, a jak nie wstanę o wpół do szóstej, to wyjazd pozamiatany). Dzisiaj za to udało mi się wstać i wyjechać, chociaż miałem sporo wątpliwości czy jechać. Wczoraj popołudniu zdiagnozowałem pękniętą szprychę. Strzeliła wewnątrz nypla, więc nic nie dało się z tym zrobić. Jedyne co mogłem, to nieco podkurować koło, i wywalić w cholerę resztki tej szprychy. Takoż zrobiłem, z tym że do tego musiałem koło zdjąć (tylne), potem pozbyć się dętki i opony, przesunąć opaskę i wyjąć felerny nypel. Co ciekawe, udało mi się to nawet sensownie poskładać (części nie zostało!) i to w dość rozsądnym czasie. No, no, tak się porobiło że wkrótce będę na szybko dętki zmieniał :) Potem pół wieczoru szukałem w necie, czy z tym kołem bez jednej szprychy dam radę pojechać. Większość wpisów była "na tak", chociaż dotyczyły (a) jazdy po asfalcie, (b) osób, które z sakwami ważyły 80kg... (pfffffffffffffffff, buahahahahhaaha).

Ostatecznie pojechałem, ale z duszą na ramieniu. Koło zaczęło się rozcentrowywać jeszcze wczoraj, hamulec zadni działa tak, że słychać go dość daleko, na dodatek na obręczy pojawiły się pęknięcia przy nyplach (chyba). Do tego przez trzy ostatnie dni lało dość regularnie i mogłem się spodziewać hardcore'u. No i się pojawił - w niektórych miejscach bałem się przejechać z powodu (a) błota, (b) niepewności roweru, więc musiałem przeprowadzać (niedużo, ale jednak). Za to mogłem dzisiaj poćwiczyć zjazdy w błocie. To że nie leżałem na Hutniańskiej, to jakiś cud. To nawet nie ja tam zjeżdżałem, to rower mnie zwoził na dół. Totalnie rozjeżdżona traktorami ścieżka trawersująca trawiasty stok. Wszystko grząskie, zalane wodą  i do tego przyklepane trawą. Suuuuuper. Niesamowite wrażenie jak się przez coś takiego jedzie i puszcza klamki, a rower się jakoś (w sumie dość szybko nawet) przetacza. Fajne uczucie jak się nie do końca panuje nad maszyną i jedynie balansuje i dokręca. Dupa wisi za siedzeniem i jedziemy. Czad, każdemu polecam, tylko potem się trzeba porządnie umyć :)

Tak uwalany błotem jeszcze nie byłem (tzn. byłem kilka razy jak zaliczyłem glebę). Wyglądałem jakby ktoś do kompresora podłaczył słoich z błotem i pokrył rower oraz jego właściciela. Sprzęt już doprowadziłem do porządku - jutro daję go do warsztatu w Krynicy, gdzie mam nadzieję zrobią mi prządek ze szprychami (dzisiaj pękły dwie kolejne) i wycentrują koło. Pod koniec wycieczki telepało mnie na boki dość równo. W dół udało mi się wyciągnąć 52 km/h (przez las) i biorąc pod uwagę stan sprzętu, pogodę (zamglenie/chmury) i mokry szuter po którym jechałem, więcej DLA MNIE nie było do osiągnięcia. Jak się tak popierdala w dół, to można się sprawdzić na ile ma się jaj, przyznaję.

Czerwony szlak z Izb do Hańczowej. Widoczność: 50 m. Puścić hamulce?
Mgiełka konkretna, ale jaki zapach...
Beskid Niski: ranek w okolicach Ropek
Beskid Niski: w dół - rzeczka - w górę (do Ropek)
Razem prawie 26 km po górach i jest pięknie. Trasa taka jak poprzednio: Izby, Ropki, Hańczowa, Wysowa, Przełęcz Hutniańska, Ropki, Izby. Dwie godziny sycenia wzroku i powonienia cudami natury :)