Wczoraj szczęśliwie udało się przeprowadzić przyzwoitej jakości wieczór planszówkowy. Wreszcie zagrałem w Primordial Soup i faktycznie było tak dobre, jak oczekiwałem. Świeże, bardzo euroeuro i ze sporą dozą humoru. Poza tym wtopiliśmy po całości w Shadows over Camelot. No było to urocze, bo grając we trzy osoby, dwie z nas wzajemnie oskarżały się o to, że są zdrajcami. Nie ma to jak duch drużyny :)
Prawdopodobnie jutro uda się też zagrać, tylko w mniejszym składzie (2 osoby). Pewnie będzie Eufrat i Tygrys, Making of the President albo Campaign Manager, chociaż kusi mnie żeby spróbować we dwóch Dominant Species.
Współczynnik "niegrania" dla moich tytułów do 26%. Ostro pracuję od początku roku, żeby był jak najniższy, ale do zakładanych na ten rok 5% będzie ciężko zejść, głównie dlatego że jakoś mało sesji się mi przytrafia. Kiedyś to graliśmy co tydzień, a teraz to tak co 3-4 (nie liczę grania z Młodym). Starzeje się :/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą planszówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą planszówki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 czerwca 2011
sobota, 4 czerwca 2011
Memoir raz jeszcze
Memoir okazał się przysłowiowym strzałem w 10. Dzisiaj graliśmy dwa razy, dalej w pierwszy scenariusz. Mimo że grywamy w wersję uproszczoną (czyli bez kart taktyki, tylko karty sekcji), to zabawa jest przednia.
O ile wcześniej mi ta gra zupełnie nie pasowała i na granie ze znajomymi była dla mnie za słaba (czytaj: szkoda było nam na nią czasu), o tyle z Młody jest rewelacyjna. Wprowadza nową mechanikę, nowe tematy i jest dla mnie wstępem do nauczenia Młodego Conflict of Heroes. Myślę że na CoH to tak powinienem się nastawiać gdzieś na początek przyszłego roku. Teraz będziemy grać w podstawkę M44, potem pewnie w dodatki, a po 7 urodzinach Młodego przyjdzie czas na coś poważniejszego.
BTW, dzisiaj po Memoirze przyszedł do mnie, żeby pograć jeszcze w K2. Pod koniec czerwca ma mieć imieniny (przenieśliśmy obchody w połowy miesiąca) i teraz żałuję, że kupiłem już Small Worlda... bo widzę, że idealnie podpasowałby jakiś dodatek do M44.
Dzisiaj chyba otworzę jeszcze zafoliowane Automobile. Za tydzień mam "dorosłe" granie i nie wiem czy się na samochodziki nie skuszę. A konkurencja będzie ostra, to pewnie Eufrat, standardowo Brass, Furstenfeld (który się ostatnio spodobał współgraczom) i K2 (które się spodobało bardzo autorowi niniejszego posta).
O ile wcześniej mi ta gra zupełnie nie pasowała i na granie ze znajomymi była dla mnie za słaba (czytaj: szkoda było nam na nią czasu), o tyle z Młody jest rewelacyjna. Wprowadza nową mechanikę, nowe tematy i jest dla mnie wstępem do nauczenia Młodego Conflict of Heroes. Myślę że na CoH to tak powinienem się nastawiać gdzieś na początek przyszłego roku. Teraz będziemy grać w podstawkę M44, potem pewnie w dodatki, a po 7 urodzinach Młodego przyjdzie czas na coś poważniejszego.
BTW, dzisiaj po Memoirze przyszedł do mnie, żeby pograć jeszcze w K2. Pod koniec czerwca ma mieć imieniny (przenieśliśmy obchody w połowy miesiąca) i teraz żałuję, że kupiłem już Small Worlda... bo widzę, że idealnie podpasowałby jakiś dodatek do M44.
Dzisiaj chyba otworzę jeszcze zafoliowane Automobile. Za tydzień mam "dorosłe" granie i nie wiem czy się na samochodziki nie skuszę. A konkurencja będzie ostra, to pewnie Eufrat, standardowo Brass, Furstenfeld (który się ostatnio spodobał współgraczom) i K2 (które się spodobało bardzo autorowi niniejszego posta).
piątek, 3 czerwca 2011
Memoir 44
Po pierwszej partii jesteśmy. Mój Wehrmacht uległ Angolom. Młody się cieszy, gra mu się podoba, już chce grać następne partie, koniecznie z arty i czołgami.W połowie się cieszy, bo wygrał, ale chyba samo granie mu się podoba. Co ciekawe, kiedy przed grą urządzałem mu krótki rys historyczny ogólnie D-Day, a szczególnie Pegasus Bridge, w pewnym momencie powiedział "no dobra, ale możemy już grać?". Dziwne ;)
Wygląda na to, że to udany prezent :)
Wygląda na to, że to udany prezent :)
niedziela, 15 maja 2011
Tygrys i Eufrat wzięte
Alleluja, chwalmy Pana. Po - jeśli dobrze liczę - 6 latach zbierania się, zagrałem w Tigris & Euphrates. Stało się :) Teraz pozostał tylko żal, że do tej pory nie grałem w to wcześniej. Wczorajsza partia była dwuosobowa, ale gra i tak pokazał pazur. Bardzo fajna, bardzo dynamiczna i z ogromną interakcją. Idealnie się trafiło. Kwintesencja eurogry.
Planowałem w TiE grać z Młodym, ale po pierwszej partii mam wrażenie, że to może być dla niego tytuł zbyt abstrakcyjny. Tak czy owak, kiedy dzisiaj dzielił elementy (żeby nie marnować czasu na sesjach, po grze zgarniam wszystko do pudełka, a następnego dnia Młody dzieli całość) trochę mu o grze opowiedziałem. Pilnowałem się jednak, żeby nie zacząć mu wykładać kolejnego tytułu, skoro na Dzień Dziecka dostanie Memoir'44 a na imieniny (połowa czerwca) - Small World.
Planowałem w TiE grać z Młodym, ale po pierwszej partii mam wrażenie, że to może być dla niego tytuł zbyt abstrakcyjny. Tak czy owak, kiedy dzisiaj dzielił elementy (żeby nie marnować czasu na sesjach, po grze zgarniam wszystko do pudełka, a następnego dnia Młody dzieli całość) trochę mu o grze opowiedziałem. Pilnowałem się jednak, żeby nie zacząć mu wykładać kolejnego tytułu, skoro na Dzień Dziecka dostanie Memoir'44 a na imieniny (połowa czerwca) - Small World.
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
gramy w Haciendę!
Chłopak zaczyna grywać już w bardzo dorosłe tytuły - wczoraj nauczyłem go Haciendy i chwilowo wydaje się zafascynowany. No fajnie, bo gra przednia, absolutnie I liga abstrakcyjnych eurogier. Fakt że mu się spodobała cieszy mnie tym bardziej, że dzięki niej będzie mieć szybką potrzebę nauczenia się poprawnego liczenia/podliczania (no i ma po co uczyć się rozliczania transakcji: wypłacić, rozmienić, wydać resztę - do tej pory to leżało, teraz jest powód żeby się nauczyć).
Mam podstawową wątpliwość dotyczącą tego jak go uczyć. Niby opowiedziałem mu reguły, ale złapałem się później na tym że uczę go już elementów strategii: wtedy blokujesz, wtedy kupujesz, zamykasz dostęp do rynku, podkupujesz zwierzęta przeciwnikowi... No i nie wiem czy dobrze robię. Ewidentnie widać że to chwyta i stosuje, ale nie wiem czy nie zabieram mu radości z odkrywania czegoś samemu. Pytanie tylko, do jakiego stopnia taką "radość" może mieć jedynie osoba dorosła/dojrzała, a do jakiego dziecku chodzi o to, żeby się dobrze bawić i żeby wygrać. No zobaczę w przyszłości.
Dodatkowo syn mnie podbudował elementami "szerszego spojrzenia" i jakiejś takiej bardzo ogólnej analizy. Otóż zauważył że Seeland i Hacienda są do siebie jakoś tak trochę podobne. Nie potrafił tego nazwać, ale mówił że jakoś jedna przypomina mu drugą. Zrobiło to na mnie wrażenie, bo obie te gry są autorstwa Wolfganga Kramera. I wcale nie są do siebie podobne, ale pewien Kramerowy sznyt na nich niewątpliwie występuje, co Młody wyłowił. Moja krew :) Aż mnie kusi, żeby zobaczyć czy ręki Kramera dopatrzy się w Cavum (a widać ją tam bardziej, ale na to poczekam trochę - niech się nacieszy możliwościami Haciendy).
Mam podstawową wątpliwość dotyczącą tego jak go uczyć. Niby opowiedziałem mu reguły, ale złapałem się później na tym że uczę go już elementów strategii: wtedy blokujesz, wtedy kupujesz, zamykasz dostęp do rynku, podkupujesz zwierzęta przeciwnikowi... No i nie wiem czy dobrze robię. Ewidentnie widać że to chwyta i stosuje, ale nie wiem czy nie zabieram mu radości z odkrywania czegoś samemu. Pytanie tylko, do jakiego stopnia taką "radość" może mieć jedynie osoba dorosła/dojrzała, a do jakiego dziecku chodzi o to, żeby się dobrze bawić i żeby wygrać. No zobaczę w przyszłości.
Dodatkowo syn mnie podbudował elementami "szerszego spojrzenia" i jakiejś takiej bardzo ogólnej analizy. Otóż zauważył że Seeland i Hacienda są do siebie jakoś tak trochę podobne. Nie potrafił tego nazwać, ale mówił że jakoś jedna przypomina mu drugą. Zrobiło to na mnie wrażenie, bo obie te gry są autorstwa Wolfganga Kramera. I wcale nie są do siebie podobne, ale pewien Kramerowy sznyt na nich niewątpliwie występuje, co Młody wyłowił. Moja krew :) Aż mnie kusi, żeby zobaczyć czy ręki Kramera dopatrzy się w Cavum (a widać ją tam bardziej, ale na to poczekam trochę - niech się nacieszy możliwościami Haciendy).
niedziela, 13 lutego 2011
Młody recenzuje grę
Młody nagrał swoją pierwsza recenzję. Dużo było z tym walki, nie wyszło do końca tak jak sobie wyobrażałem, ale co tam :) Inna rzecz, czy ktokolwiek kto nie wie o co chodzi będzie w stanie zrozumieć OCB. Ale od czegoś trzeba zacząć przecież.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
dialogi (1)
- tata, nudzi mi się
- zagraj sobie w coś
- dobra. ale na komputeZe, telefonie czy NORMALNIE?
Kochany synek :)
- zagraj sobie w coś
- dobra. ale na komputeZe, telefonie czy NORMALNIE?
Kochany synek :)
sobota, 8 stycznia 2011
planszowe przyspieszenie
Miało być dzisiaj wreszcie porządne granie, ale czynniki zewnętrzne sprawiły, że nie było. Młodego szkoda, bo bardzo się na dzisiaj nastawiał - wczoraj uczyłem się grać w Inca Empire i Młody dzielnie sekundował, a nawet "grał" jednym kolorem. Na dzisiaj byliśmy umówieni, że (a) pomoże mi rozłożyć Inków przed przyjściem Ali i Krzyśka, (b) w trakcie gry będzie obsługiwał bank - zarządzał dobrami, przesuwał pionki na planszy itp. No i biedakowi nie wyszło, zresztą kolejny raz z rzędu. Swoją drogą, ci Inkowie mu się spodobali na tyle, że dzisiaj wieczorem mnie męczył, żeby to z nim zagrać.
A nie zagrałem w Inków, bo wczoraj późnym wieczorem rozczaiłem Merkatora. Bardzo pozytywnie zaskoczony jestem. W recenzjach ludzie raczej po tym jechali lekko. W wersji solo jest fajne (bo tylko solo na razie grałem), trochę lepsze (znaczy mi się bardziej podobało) niż At the Gates of Loyang, bo krótsze. Ciekawe jestem, jak się w to będzie grało w kilka osób. Mimo że to typowa eurogra, ja jakoś podłapałem klimat. Dodatkowo mechanika jest niezła, a kilka pomysłów - świetnych. Ciekawie też Merkator wygląda. Kiedyś pewnie się na nim wyżyję :)
Teraz jestem w trakcie czytania reguł go Rio de la Plata (z Essen 2010) i Egizii - podobno najlepszej gry Essen 2009 (tak przynajmniej twierdzą ci, którzy ją kupili... ale oni zawsze racjonalizują swoje wybory;)
Ostatnio naumiałem się więc: Troyes, Inca Empire i Merkator, w trakcie są Rio i Egizia, a w kolejce czekają Furstenfeld, Liberte i De Vulgari Eloquentia. BTW, Dante przegrał u mnie z historią Rzymu :)
A nie zagrałem w Inków, bo wczoraj późnym wieczorem rozczaiłem Merkatora. Bardzo pozytywnie zaskoczony jestem. W recenzjach ludzie raczej po tym jechali lekko. W wersji solo jest fajne (bo tylko solo na razie grałem), trochę lepsze (znaczy mi się bardziej podobało) niż At the Gates of Loyang, bo krótsze. Ciekawe jestem, jak się w to będzie grało w kilka osób. Mimo że to typowa eurogra, ja jakoś podłapałem klimat. Dodatkowo mechanika jest niezła, a kilka pomysłów - świetnych. Ciekawie też Merkator wygląda. Kiedyś pewnie się na nim wyżyję :)
Teraz jestem w trakcie czytania reguł go Rio de la Plata (z Essen 2010) i Egizii - podobno najlepszej gry Essen 2009 (tak przynajmniej twierdzą ci, którzy ją kupili... ale oni zawsze racjonalizują swoje wybory;)
Ostatnio naumiałem się więc: Troyes, Inca Empire i Merkator, w trakcie są Rio i Egizia, a w kolejce czekają Furstenfeld, Liberte i De Vulgari Eloquentia. BTW, Dante przegrał u mnie z historią Rzymu :)
środa, 5 stycznia 2011
UX: karta w Troyes
Wydana w 2010 roku gra Troyes jest jedną z piękniejszych jakie widziałem. Broni się także pod względem mechaniki. Grałem w nią dopiero raz, ale już widzę potencjał przed pozostałym rozgrywkami. Jednak mimo perfekcyjności wydania, znalazłem kilka elementów, które w przypadku zmiany - takie mam wrażenie - wpłynęłyby pozytywnie na uczytelnienie/ułatwienie odbioru niektórych elementów gry (czyli po polsku: poprawiłyby ogólny user experience ;) ).
Karty przy użyciu których toczy się gra są bardzo starannie przygotowane: nie jest to jakiś render czy realistyczna próba odwzorowania postaci średniowiecznych (bo w średniowieczu właśnie toczy się gra), ale odręczny rysunek trzymający stylistykę średniowiecza. Jaka kreska! Jaka perspektywa! Poniżej przykład:
To co rzuca się w oczy, to wyraźne podkreślenie koloru karty. Generalne w grze karty podzielone są na kilka kolorów (białe, żółte, czerwone, czarne). Patrząc na tę kartę, nie ma wątpliwości, że jest ona żółta. Leżąc na planszy (wśród dziewięciu innych kart) nie będzie wprowadzać gracza w konfuzję.
Poza nazwą na karcie zawarte są jeszcze dodatkowe informacje określające sposób jej wykorzystania. Aby aktywować kartę/skorzystać z niej należy:
Dolny panel mówi: aktywacja karty rzeźbiarza daje 1 punkt zwycięstwa. Suma oczek na żółtych kościach podzielona przez trzy określa liczbę aktywacji w danej turze. Czyli jeśli suma oczek wynosiła 18 (3 x 6 oczek), to jednorazowo aktywować można rzeźbiarza 6 razy, w więc przyniesie 6 punktów. Gdyby oczek było 11, karta przyniosłaby 3 punkty (zaokrąglenie w dół).
Z mojego punktu widzenia, takie opisanie ma sporo niedoskonałości:
Podobnie jak w przypadku kart jednorazowych, kolor kości wykorzystywanych do aktywacji karty określa jej kolor. Jednak podzielona suma określa nie ilość aktywacji tej karty w jednej turze, a ilość tur, w trakcie których można z karty korzystać. Wyrzucając 12 na żółtych kostkach i dzieląc przez 3 otrzymujemy 4. Cztery znaczniki swojego koloru umieszcza się na karcie. Po każdej aktywacji kostek czerwonych i wykorzystaniu przy niej tej karty, zdejmuje się jeden znacznik a do sumy oczek czerwonych dodaje się 5.
W odniesieniu do karty tego typu aktualne są moje wcześniejsze uwagi, szczególnie ta dotycząca nadmiarowej informacji w dolnym panelu (suma kości i kolor kości niezbędnych do aktywacji karty).
Reasumując, może się wydawać, że uważam grę za nieużyteczną, jednak wcale tak nie jest. Powyższe uwagi mają charakter lekko "czepialski" ;), bo w Troyes gra się fajnie, karty zniewalają wręcz estetyką i są nad wyraz czytelne, szczególnie jeśli (a) porówna się je do innych gier, (b) weźmie pod uwagę ilość informacji przekazywaną na poszczególnych kartach.
Karty przy użyciu których toczy się gra są bardzo starannie przygotowane: nie jest to jakiś render czy realistyczna próba odwzorowania postaci średniowiecznych (bo w średniowieczu właśnie toczy się gra), ale odręczny rysunek trzymający stylistykę średniowiecza. Jaka kreska! Jaka perspektywa! Poniżej przykład:
| źródło: BGG |
Poza nazwą na karcie zawarte są jeszcze dodatkowe informacje określające sposób jej wykorzystania. Aby aktywować kartę/skorzystać z niej należy:
- wybrać do akcji żółte kości,
- wstawić na kartę (lub tam posiadać) swojego robotnika.
Dolny panel mówi: aktywacja karty rzeźbiarza daje 1 punkt zwycięstwa. Suma oczek na żółtych kościach podzielona przez trzy określa liczbę aktywacji w danej turze. Czyli jeśli suma oczek wynosiła 18 (3 x 6 oczek), to jednorazowo aktywować można rzeźbiarza 6 razy, w więc przyniesie 6 punktów. Gdyby oczek było 11, karta przyniosłaby 3 punkty (zaokrąglenie w dół).
Z mojego punktu widzenia, takie opisanie ma sporo niedoskonałości:
- Górny panel jest przeładowany
- Brak jest informacji ile osób może korzystać z karty (gra jest zaplanowana dla 2-4 graczy, co dzieje się gdy trzecia osoba chce tutaj wstawić swojego robotnika? Ile zapłaci? Ile dostanie punktów?)
- Element graficzny w górnym panelu (strzałka) sugeruje, że za 15 denierów można kupić 6 lub 5 punktów zwycięstwa
- Sposób prezentacji elementu kosztu jest niespójny z resztą gry, gdzie koszt opisywany jest symbolicznie poprzez przekreśloną monetę
- Dolny panel jest za duży - jego wysokość determinuje sposób przedstawienia mechanizmu wyliczenia aktywacji karty (iloraz sumy na kościach przez trzy). Nie wiem czy jest sens prezentować trzy kości w dolnym panelu, skoro ZAWSZE bierze się pod uwagę ich sumę, a kolor jest określany przez kolor karty. Po co dodawać coś co nie niesie żadnej dodatkowej informacji? Jeśli się poprzegląda fotki na BGG to widać że na prototypie było to rozwiązane właśnie w ten sposób - tylko dzielnik na karcie, bo to wystarcza.
- Element strzałki w dolnym panelu zupełnie nie przystaje do swojego charakteru. On nie określa następstwa, tylko powinien sugerować iloczyn. Mówi jasno: podziel sumę przez trzy a przez wynik POMNÓŻ jeden punkt.
- Pozioma kreska w dolnym panelu jest kreską ułamkową i sugeruje (słusznie) dzielenie. Na innych kartach zdarza się jej jednak występować w charakterze elementu logicznego (OR).
Podobnie jak w przypadku kart jednorazowych, kolor kości wykorzystywanych do aktywacji karty określa jej kolor. Jednak podzielona suma określa nie ilość aktywacji tej karty w jednej turze, a ilość tur, w trakcie których można z karty korzystać. Wyrzucając 12 na żółtych kostkach i dzieląc przez 3 otrzymujemy 4. Cztery znaczniki swojego koloru umieszcza się na karcie. Po każdej aktywacji kostek czerwonych i wykorzystaniu przy niej tej karty, zdejmuje się jeden znacznik a do sumy oczek czerwonych dodaje się 5.
W odniesieniu do karty tego typu aktualne są moje wcześniejsze uwagi, szczególnie ta dotycząca nadmiarowej informacji w dolnym panelu (suma kości i kolor kości niezbędnych do aktywacji karty).
Reasumując, może się wydawać, że uważam grę za nieużyteczną, jednak wcale tak nie jest. Powyższe uwagi mają charakter lekko "czepialski" ;), bo w Troyes gra się fajnie, karty zniewalają wręcz estetyką i są nad wyraz czytelne, szczególnie jeśli (a) porówna się je do innych gier, (b) weźmie pod uwagę ilość informacji przekazywaną na poszczególnych kartach.
wtorek, 28 grudnia 2010
user experience w planszówkach
Ostatnio do moich gier dołączyło kilka nowych tytułów (Mikołaj!). Nowe gry zwróciły moją uwagę wykonaniem graficznym. Od zawsze gry są ładne w powszechnym znaczeniu tego słowa. Zamawiam gry przeważnie do pracy i w trzecim już miejscu widzę osoby postronne, które nagle zostają zaszokowne, bo (a) okazuje się, że gry planszowe dla dorosłych istnieją, (b) są ludzie, którzy w nie grają i (c) te gry są bardzo ładnie wydane i w większości dopracowane (pomijam punkt (d) kiedy to pytają: "ile to kosztowało?!", "tyle za jedną grę???", etc.).
Jako że od jakiegoś (nie tak znowu krótkiego) czasu zajmuje się, rzekłbym zawodowo, zagadnieniami architektury informacji, usability i user experience, postanowiłem spojrzeć w ten sposób na gry. Zasadniczo ZAWSZE patrzę w ten sposób bo to jest takie postrzeganie świata akurat, ale teraz mam koncept na to, by jakoś to opisywać. Co więcej, to co mam zamiar robić ma być rodzajem eksperymentu poznawczego, bo chcąc podchodzić do gier "na świeżo" będę opisywał swoje wizje PRZED rozgrywką, a potem weryfikował je PO rozgrywce (lub lepiej - kilku, jeśli się uda). Co istotne, nie zamierzam odnosić się do koncepcji gry, tego czy jest dobra czy nie - chcę spojrzeć z boku na to, jak jest zrobiona i czy są w niej elementy, które przy innym wykonaniu mogłyby działać lepiej.
Nie wiem dokładnie czemu będzie to służyło, chyba niczemu konkretnemu, ale mam wrażenie że będę się przy tym dobrze bawić :) To tyle deklaracji na przyszłość.
Jako że od jakiegoś (nie tak znowu krótkiego) czasu zajmuje się, rzekłbym zawodowo, zagadnieniami architektury informacji, usability i user experience, postanowiłem spojrzeć w ten sposób na gry. Zasadniczo ZAWSZE patrzę w ten sposób bo to jest takie postrzeganie świata akurat, ale teraz mam koncept na to, by jakoś to opisywać. Co więcej, to co mam zamiar robić ma być rodzajem eksperymentu poznawczego, bo chcąc podchodzić do gier "na świeżo" będę opisywał swoje wizje PRZED rozgrywką, a potem weryfikował je PO rozgrywce (lub lepiej - kilku, jeśli się uda). Co istotne, nie zamierzam odnosić się do koncepcji gry, tego czy jest dobra czy nie - chcę spojrzeć z boku na to, jak jest zrobiona i czy są w niej elementy, które przy innym wykonaniu mogłyby działać lepiej.
Nie wiem dokładnie czemu będzie to służyło, chyba niczemu konkretnemu, ale mam wrażenie że będę się przy tym dobrze bawić :) To tyle deklaracji na przyszłość.
piątek, 17 grudnia 2010
Tajemniczy Mikołaj atakuje
Kilka dni temu nawiedził mnie w pracy Święty Mikołaj. Zupełnie przypadkowo wyszło tak, że przyniósł mi gry planszowe. Kto by pomyślał... planszówki? Dla mnie? Ludzie w pracy też się dziwili.
Mikołaj jak się okazało po analizie pudełka, zatrudnił urocze pomarańczowe elfy z Holandii. Dostałem dwa pięknie opakowane prezenty oraz nieco kolorowej prasy jako uszczelniacze pudełka (drobne info do rebela: Panowie, jesteście mistrzami - sposób pakowania w Niderlandach jest słaby, aczkolwiek nic się nie uszkodziło). Miałem taką koncepcję, w której prezenty w tej formie (tzn. zapakowane) mają dotrwać aż do ubrania choinki i zrealizowałem ją. Akurat tuż obok mam salkę spotkaniową, gdzie gustownie świeciła playowa choina. Trzask-prask i po krzyku. Fotka jest, dowód dla Świętego jest, więc mogłem odpakować.
Na pierwszy rzut poszła mniejsza paczka. Znalazłem w niej produkcję Stefana Felda "Arena: Roma II". Nawet nie miałem jej na wishliscie (albo jeśli była, to nisko) i to mi pokazało, jak fajną społecznością jest BGG. Osoba mająca zrobić mi prezent nie ograniczyła się tylko do spojrzenia na pierwsze cztery pozycje z listy i wyboru najtańszej z nich. Popatrzyła w co gram i doszła do wniosku, że jak koleś grał w Notre Dame ponad 50 razy, w In the Year of Dragon - 3 razy, a w Miasto spichrzy - 2 razy i wszystkie te gry ocenia mocno pozytywnie, to może by mu podarować inną grę Felda. I to piękne jest. Sam zresztą jako Tajemniczy Mikołaj zachowuje się tak samo. W końcu wybrać komuś dobrą grę, to nie w kij dmuchał :)
No, a poza Areną dostałem jeszcze jedną z topowych gier z ostatniego Essen, którą chciałem mieć, czyli Troyes.
Chciałoby się napisać "Dziękujemy Ci SC Johnson", ale nie wypada. Dziękuję Ci Tajemniczy Mikołaju!
Mikołaj jak się okazało po analizie pudełka, zatrudnił urocze pomarańczowe elfy z Holandii. Dostałem dwa pięknie opakowane prezenty oraz nieco kolorowej prasy jako uszczelniacze pudełka (drobne info do rebela: Panowie, jesteście mistrzami - sposób pakowania w Niderlandach jest słaby, aczkolwiek nic się nie uszkodziło). Miałem taką koncepcję, w której prezenty w tej formie (tzn. zapakowane) mają dotrwać aż do ubrania choinki i zrealizowałem ją. Akurat tuż obok mam salkę spotkaniową, gdzie gustownie świeciła playowa choina. Trzask-prask i po krzyku. Fotka jest, dowód dla Świętego jest, więc mogłem odpakować.
Na pierwszy rzut poszła mniejsza paczka. Znalazłem w niej produkcję Stefana Felda "Arena: Roma II". Nawet nie miałem jej na wishliscie (albo jeśli była, to nisko) i to mi pokazało, jak fajną społecznością jest BGG. Osoba mająca zrobić mi prezent nie ograniczyła się tylko do spojrzenia na pierwsze cztery pozycje z listy i wyboru najtańszej z nich. Popatrzyła w co gram i doszła do wniosku, że jak koleś grał w Notre Dame ponad 50 razy, w In the Year of Dragon - 3 razy, a w Miasto spichrzy - 2 razy i wszystkie te gry ocenia mocno pozytywnie, to może by mu podarować inną grę Felda. I to piękne jest. Sam zresztą jako Tajemniczy Mikołaj zachowuje się tak samo. W końcu wybrać komuś dobrą grę, to nie w kij dmuchał :)
No, a poza Areną dostałem jeszcze jedną z topowych gier z ostatniego Essen, którą chciałem mieć, czyli Troyes.
Chciałoby się napisać "Dziękujemy Ci SC Johnson", ale nie wypada. Dziękuję Ci Tajemniczy Mikołaju!
niedziela, 12 grudnia 2010
po urodzniach mlodego: wieczór z planszówka
No i po urodzinach. Jako że obraz wart jest tysiąca słów, poniżej kilka fotek z dwóch pierwszych gier Mlodego w "Flussfieber" (angielski tytuł: Fast Flowing Forest Fellers) - gry, którą dostał w prezencie. Wcześniej miałem tylko podejrzenia, że może ona być fajna dla dzieciaków, teraz zweryfikowałem to doświadczalnie :) Jest rewelacyjna. Modularność plansz, szybkie tempo, proste reguły. Jedyne co na początku (tzn. przez pierwsze 10-15 minut) nie jest ogarniane od razu, to zyski z przepychania się. Ale jak się zobaczy jak robi to ktoś dorosły, to lekcja jest zapamiętywana błyskawicznie.
Jak ktoś szuka planszowego konceptu prezentowego dla dzieciaków - śmiało polecam. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej, zachęcam do przeczytania polskiej recenzji.
Jak ktoś szuka planszowego konceptu prezentowego dla dzieciaków - śmiało polecam. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej, zachęcam do przeczytania polskiej recenzji.
sobota, 27 listopada 2010
jak mikołaj docenia dobrych ludzi
Święta idą! Dzisiaj napisał do mnie Święty Mikołaj, z angielska posługujący się znanym skrótem SS. Ooooops... sporo różnych tłumaczeń, a to zwyczajny Tajemniczy Mikołaj (ang. Secret Santa). No więc ten wyżej rzeczony obergruppen mikołaj, napisał do mnie list o treści następującej:
No czyż nie jest to słodkie? Ot zaleta bycia dorosłym - zamiast pisać listu do Mikołaja, samemu się taki dostaje. A tak zupełnie na marginesie, to mi się należało, bo dzisiaj udało się wydzielić z LEGO prawie dwa zestawy: port morski i samolot transportowy. Na jutro i przyszły tydzień, zupełnie nowe wyzwania: złożenie helikoptera ratowniczego i kombajnu. Szczególnie ten ostatni może być sporym wyzwaniem, bo część elementów Młody zżuł (najzupełniej dosłownie. masakra). W związku z powyższym, życzę sobie dużo cierpliwości.
Hi Marcin,
It looks like you have been a VERY good boy this year, so I have given the elves the OK to deliver to you early.
Here at the North Pole it is a cold night. The snow is falling and we have about 2cm this evening.
I hope you have a great Christmas.
You can let me know when the elves deliver by updating your comments or your profile
Merry Christmas
Wesołych Świąt
Best Wishes,
Santa
North Pole
Canada
H0H 0H0
No czyż nie jest to słodkie? Ot zaleta bycia dorosłym - zamiast pisać listu do Mikołaja, samemu się taki dostaje. A tak zupełnie na marginesie, to mi się należało, bo dzisiaj udało się wydzielić z LEGO prawie dwa zestawy: port morski i samolot transportowy. Na jutro i przyszły tydzień, zupełnie nowe wyzwania: złożenie helikoptera ratowniczego i kombajnu. Szczególnie ten ostatni może być sporym wyzwaniem, bo część elementów Młody zżuł (najzupełniej dosłownie. masakra). W związku z powyższym, życzę sobie dużo cierpliwości.
wtorek, 23 listopada 2010
wreszcie granie (małe)
W sobotę miałem okazje grać w dwie nowości z Essen - jedną z Europy i jedną ze Stanów. Obie były - w swoich kategoriach - niezłe. Totalnie amertrashowa Isla Dorada i mocno europejski London.
Londyn wymaga na początku sporo wyjaśniania. Zasadniczo gra się prosto: rozwija się miasto, trzeba stawiać budynki, które na koniec gry przyniosą punkty (a w większości przypadków wcześniej - kasę). Do tego trzeba cały czas pamiętać o gromadzonych punktach biedy, które na koniec będą obniżać wynik rozgrywki. Fantastyczny dylemat - brać dużo kart i zwiększać elastyczność swoich ruchów licząc na efektywne zagrania, ale jednocześnie łapać dużo punktów biedy, czy zawężać front robót i budować często, ale małymi krokami? Po pierwszym zagraniu powiedziałbym, że gra na co najmniej kilka-kilkanaście partii, żeby dobrze załapać mechanikę i zacząć coś sensownego kombinować. Uwielbiam uczucie, kiedy w coś się gra (najczęściej po raz pierwszy), mijają koleje kolejki/ruchy a gry się nadal NIE OGARNIA. Nie wiadomo co zrobić, nie wiadomo na co to wpłynie, nie wiadomo jaki będzie skutek nie tylko dla mnie, ale także dla współgraczy, nie można zapanować w sposób sensowny nad mechanizmami generującymi negatywy dla graczy (w tym wypadku bieda). Cud, miód po prostu. Taka właśnie była ta pierwsza gra. Same niespodzianki, a na koniec wszyscy opowiadają co dlaczego zrobili i co zrobią następnym razem. Wallace (autor) po raz kolejny pokazał, że obecnie projektuje IMHO najlepsze ekonomiczne strategie na świecie, z bardzo dobrą mechaniką i świetnym klimatem. Boże, a u mnie na półce kurzy się od 3 tygodni reprint starszej gry Wallace'a - Liberte!
Isla Dorada to tytuł bardzo rozrywkowy (no, w końcu amerykański), przygotowany przez wytwórnie Fantasy Flight Games. Złośliwi wspomnieliby, że większość produkcji FFG to przerost formy nad treścią... (żetoniki, psiki, srurki, figurki i total, total mega festyn), ale ja nie jestem złośliwy, więc nie wspomnę. Tytułowa wyspa, to miejsce ekspedycji graczy, którzy po niej łażą i starają się zbierać punkty zwycięstwa. To trochę gra licytacyjna, gdzie stawką jest skierowanie wyprawy w kierunku dla nas korzystnym (fizycznie: chcemy żeby ekspedycja poszła tam, gdzie MY chcemy). Do tego każdy ma wylosowany tajny cel główny swojej wyprawy i stara się go (tajemniczo rzecz jasna) zrealizować (gdzieś dojść, coś odwiedzić itp). Gra jest bardzo lightowa i w sumie zabawna ale mnie odstręcza TRAGICZNĄ GRAFIKĄ. Kurwa, takie rysunki na kartach to się tworzy w żenujących książeczkach dla dzieci. Projektant zapadł na horror vacuoli, czy jak? Ja pierdole, tam nie ma skraja białego pola - jak u dzieci w przedszkolu, wszystko musi być pokryte kolorem i ZAMALOWANE. I do tego musi być - w mniemaniu autorów - śmiesznie. TRAGEDIA FUNKCJONALNA. Trzyma się ręku karty i każdą trzeba sprawdzać na specjalnej ściągawce, bo z karty za cholerę nie wiadomo o co chodzi. Do tego nazwy lokalizacji całkowicie z dupy, nawet nie idzie tego spamiętać i trzeba szukać po całej mapie gdzie przykładowa chujnaifdsfadfa czy kurwaleyyrutim się znajduje. Idzie się posrać. Festyn i mnogość kolorów na planszy dopełniają tragedii. A sama gra w sumie fajna nawet - taka totalnie nie wymagająca myślenia.
No i wieczór też dość udany, tylko grające towarzystwo maaaaaaaaaaaaaarne - nie dali wygrać gospodarzowi. Slaaaaaaaaaaaabo.
Londyn wymaga na początku sporo wyjaśniania. Zasadniczo gra się prosto: rozwija się miasto, trzeba stawiać budynki, które na koniec gry przyniosą punkty (a w większości przypadków wcześniej - kasę). Do tego trzeba cały czas pamiętać o gromadzonych punktach biedy, które na koniec będą obniżać wynik rozgrywki. Fantastyczny dylemat - brać dużo kart i zwiększać elastyczność swoich ruchów licząc na efektywne zagrania, ale jednocześnie łapać dużo punktów biedy, czy zawężać front robót i budować często, ale małymi krokami? Po pierwszym zagraniu powiedziałbym, że gra na co najmniej kilka-kilkanaście partii, żeby dobrze załapać mechanikę i zacząć coś sensownego kombinować. Uwielbiam uczucie, kiedy w coś się gra (najczęściej po raz pierwszy), mijają koleje kolejki/ruchy a gry się nadal NIE OGARNIA. Nie wiadomo co zrobić, nie wiadomo na co to wpłynie, nie wiadomo jaki będzie skutek nie tylko dla mnie, ale także dla współgraczy, nie można zapanować w sposób sensowny nad mechanizmami generującymi negatywy dla graczy (w tym wypadku bieda). Cud, miód po prostu. Taka właśnie była ta pierwsza gra. Same niespodzianki, a na koniec wszyscy opowiadają co dlaczego zrobili i co zrobią następnym razem. Wallace (autor) po raz kolejny pokazał, że obecnie projektuje IMHO najlepsze ekonomiczne strategie na świecie, z bardzo dobrą mechaniką i świetnym klimatem. Boże, a u mnie na półce kurzy się od 3 tygodni reprint starszej gry Wallace'a - Liberte!
Isla Dorada to tytuł bardzo rozrywkowy (no, w końcu amerykański), przygotowany przez wytwórnie Fantasy Flight Games. Złośliwi wspomnieliby, że większość produkcji FFG to przerost formy nad treścią... (żetoniki, psiki, srurki, figurki i total, total mega festyn), ale ja nie jestem złośliwy, więc nie wspomnę. Tytułowa wyspa, to miejsce ekspedycji graczy, którzy po niej łażą i starają się zbierać punkty zwycięstwa. To trochę gra licytacyjna, gdzie stawką jest skierowanie wyprawy w kierunku dla nas korzystnym (fizycznie: chcemy żeby ekspedycja poszła tam, gdzie MY chcemy). Do tego każdy ma wylosowany tajny cel główny swojej wyprawy i stara się go (tajemniczo rzecz jasna) zrealizować (gdzieś dojść, coś odwiedzić itp). Gra jest bardzo lightowa i w sumie zabawna ale mnie odstręcza TRAGICZNĄ GRAFIKĄ. Kurwa, takie rysunki na kartach to się tworzy w żenujących książeczkach dla dzieci. Projektant zapadł na horror vacuoli, czy jak? Ja pierdole, tam nie ma skraja białego pola - jak u dzieci w przedszkolu, wszystko musi być pokryte kolorem i ZAMALOWANE. I do tego musi być - w mniemaniu autorów - śmiesznie. TRAGEDIA FUNKCJONALNA. Trzyma się ręku karty i każdą trzeba sprawdzać na specjalnej ściągawce, bo z karty za cholerę nie wiadomo o co chodzi. Do tego nazwy lokalizacji całkowicie z dupy, nawet nie idzie tego spamiętać i trzeba szukać po całej mapie gdzie przykładowa chujnaifdsfadfa czy kurwaleyyrutim się znajduje. Idzie się posrać. Festyn i mnogość kolorów na planszy dopełniają tragedii. A sama gra w sumie fajna nawet - taka totalnie nie wymagająca myślenia.
No i wieczór też dość udany, tylko grające towarzystwo maaaaaaaaaaaaaarne - nie dali wygrać gospodarzowi. Slaaaaaaaaaaaabo.
poniedziałek, 15 listopada 2010
młody przy planszy
Młody zaczyna przejawiać coraz większe zainteresowanie grami planszowymi per se. To znaczy on się nimi zawsze interesował, bawił, wymyślał reguły, układał, pomagał przy rozkładaniu, dzieleniu (np. 800 żetonów z symbolami jednostek - tak, tak, warto mieć dzieci), ale jakoś grać to nie za bardzo chciał. Jakiś czas temu zaczął pocinać (z sukcesami) w Ubongo, ale na tym się póki co kończyło.
No i wreszcie jest przełom i to jaki! Wieczorami nie chce oglądać filmów na kompie (chociaż wciąż męczy mnie o drugą część Piratów), tylko gramy w Die Kinder von Carcassonne, Czosnkowe wampiry i Pędzące żółwie. W sumie te gry dostał rok temu na swoje 5 urodziny, ale jakoś mu nie leżały. Teraz odkrył jak w nich kombinować (w dwóch chodzi i ukrywanie przed przeciwnikami wylosowanego przez siebie koloru i odgadywanie koloru innych graczy) i robi to naprawdę dobrze. Kombinuje jak koń pod górę i zdradza niezłe nawyki (np. jak mu kostka pokaże słaby wynik, to JEŚLI opiera się o planszę/whatever to reklamuje że powinien rzucać jeszcze raz. Klasyka gatunku!) Co najmniej kilka razy do końca nie wiedziałem jakim kolorem na 100% gra. Super! Nawet nauczył się nie wkurzać jak przegrywa, więc progres po całości.
Jeszcze rok i będzie mu można kupić jakieś naprawdę fajne dorosłe tytuły, jeno się musi nauczyć dobrze liczyć (z przekraczaniem progu dziesiątkowego). O samych grach napiszę pewnie jakoś wkrótce, ale to pewnie z pomocą Młodego już - niech się wypowie :)
No i wreszcie jest przełom i to jaki! Wieczorami nie chce oglądać filmów na kompie (chociaż wciąż męczy mnie o drugą część Piratów), tylko gramy w Die Kinder von Carcassonne, Czosnkowe wampiry i Pędzące żółwie. W sumie te gry dostał rok temu na swoje 5 urodziny, ale jakoś mu nie leżały. Teraz odkrył jak w nich kombinować (w dwóch chodzi i ukrywanie przed przeciwnikami wylosowanego przez siebie koloru i odgadywanie koloru innych graczy) i robi to naprawdę dobrze. Kombinuje jak koń pod górę i zdradza niezłe nawyki (np. jak mu kostka pokaże słaby wynik, to JEŚLI opiera się o planszę/whatever to reklamuje że powinien rzucać jeszcze raz. Klasyka gatunku!) Co najmniej kilka razy do końca nie wiedziałem jakim kolorem na 100% gra. Super! Nawet nauczył się nie wkurzać jak przegrywa, więc progres po całości.
Jeszcze rok i będzie mu można kupić jakieś naprawdę fajne dorosłe tytuły, jeno się musi nauczyć dobrze liczyć (z przekraczaniem progu dziesiątkowego). O samych grach napiszę pewnie jakoś wkrótce, ale to pewnie z pomocą Młodego już - niech się wypowie :)
czwartek, 19 sierpnia 2010
Na planszy: Le Havre
Gdyby się mnie ktoś zapytał co tam na planszy słychać, powiedziałbym że "Le Havre" rządzi. Gra Uwe Rosenberga, która ostatnio podbiła mój stół (komputer w przypadku wersji solo). Rodzaj mocno zaawansowanego pasjansa ekonomicznego. Fascynująco-wciągająco-wymagający. A o co chodzi?
Jest sobie port. Zwyczajny, we Francji akurat, chociaż to nie ma znaczenia większego. I tym portem (oraz jego okolicą) zarządzamy my. Regularnie do portu dostarczane są różne towary (ryby, zboża, bydło, drewno, glina, żelazo, skóry), a my jako gracze mamy sprawić, aby port rósł w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Robi się to poprzez budowanie róznego rodzaju budynków (18 standardowych) oraz max 3 dodatkowe (losowane z kilkudziesięciu). Każdy budynek spełnia oczywiście jakieś funkcje, którymi w największym uproszczeniu jest ulepszanie produktów bazowych (lub ich sprzedaż/konwersja/wymiana na inne). Glinę więc można zmienić w cegły (i jeszcze na tym zarobić), żelazo w stal, węgiel w koks, drewno w węgiel drzewny, ryby w ryby wędzone itd.
Cały myk polega na tym, że na koniec każdej tury (czyli co 7 akcji) trzeba dostarczyć swoim pracownikom odpowiedniej ilości jedzenia. Samo jego pozyskiwanie nie jest jakoś szczególnie trudne, ale wymaga podjęcia konkretnej akcji, czytaj: jej zmarnowania. Bo skoro łowimy ryby, to nie produkujemy żelaza. Potem je uwędzimy i fajnie, bo będziemy mieli czym wyżywić swoich, ale kosztem tego jest nie podjęcie akcji wytopu stali z posiadanego żelaza. A tak naprawdę, to sensownie zarobić można właśnie głównie na produktach wysoko przetworzonych. Myk dodatkowy jest taki, że ilość pożywienia które mamy dostarczać cały czas rośnie (w pierwszej turze jest to 5 jednostek, a w ostatniej - 35). Można radzić sobie z tym budując statki, które redukują nasze zapotrzebowanie na pożywienie, z tym że żeby je wybudować trzeba zbudować stocznię, zdobyć zasoby (drewno lub żelazo) a żeby zbudować statki dostarczające naprawdę dużo jedzenia (i punktów zwycięstwa) to trzeba jeszcze mieć dużo stali (najbardziej wartościowy materiał w grze). A żeby mieć stal, to wcześniej trzeba mieć żelazo. No i potem energię wymaganą do jego przemiany w stal (dużo energii). Skąd energia? Z drewna (baaaaaaardzo mało - 1 jednostka), z węgla (mało - 3 jednostki), z węgla drzewnego (trochę więcej - 5 jednostek) lub z koksu (ekstra - 10 jednostek).
Wygląda na skomplikowane? Wcale nie jest. Jest bardzo intuicyjne (do grania), chociaż silnie mózgożerne. To jedna z tych gier, które w przypadku porażki całościowo obwiniają gracza, bo prawie nie ma tam elementu losowego. Albo inaczej: ten element jest, ale nieznacznie wpływa na grę.
Krótki filmik pokazujący o co w tym chodzi jest ofc na YT:
Do tego mogę dodać, że grać w Le Havre można samemu, ale też ze znajomymi (do 5 graczy) oraz że na BGG jest wersja na kompa (nie trzeba chrzanić się z żetonami, rozstawianiem itp, a komp do tego przypilnuje zasad). No i oczywiście jest polska instrukcja.
Jest sobie port. Zwyczajny, we Francji akurat, chociaż to nie ma znaczenia większego. I tym portem (oraz jego okolicą) zarządzamy my. Regularnie do portu dostarczane są różne towary (ryby, zboża, bydło, drewno, glina, żelazo, skóry), a my jako gracze mamy sprawić, aby port rósł w siłę a ludziom żyło się dostatniej. Robi się to poprzez budowanie róznego rodzaju budynków (18 standardowych) oraz max 3 dodatkowe (losowane z kilkudziesięciu). Każdy budynek spełnia oczywiście jakieś funkcje, którymi w największym uproszczeniu jest ulepszanie produktów bazowych (lub ich sprzedaż/konwersja/wymiana na inne). Glinę więc można zmienić w cegły (i jeszcze na tym zarobić), żelazo w stal, węgiel w koks, drewno w węgiel drzewny, ryby w ryby wędzone itd.
Cały myk polega na tym, że na koniec każdej tury (czyli co 7 akcji) trzeba dostarczyć swoim pracownikom odpowiedniej ilości jedzenia. Samo jego pozyskiwanie nie jest jakoś szczególnie trudne, ale wymaga podjęcia konkretnej akcji, czytaj: jej zmarnowania. Bo skoro łowimy ryby, to nie produkujemy żelaza. Potem je uwędzimy i fajnie, bo będziemy mieli czym wyżywić swoich, ale kosztem tego jest nie podjęcie akcji wytopu stali z posiadanego żelaza. A tak naprawdę, to sensownie zarobić można właśnie głównie na produktach wysoko przetworzonych. Myk dodatkowy jest taki, że ilość pożywienia które mamy dostarczać cały czas rośnie (w pierwszej turze jest to 5 jednostek, a w ostatniej - 35). Można radzić sobie z tym budując statki, które redukują nasze zapotrzebowanie na pożywienie, z tym że żeby je wybudować trzeba zbudować stocznię, zdobyć zasoby (drewno lub żelazo) a żeby zbudować statki dostarczające naprawdę dużo jedzenia (i punktów zwycięstwa) to trzeba jeszcze mieć dużo stali (najbardziej wartościowy materiał w grze). A żeby mieć stal, to wcześniej trzeba mieć żelazo. No i potem energię wymaganą do jego przemiany w stal (dużo energii). Skąd energia? Z drewna (baaaaaaardzo mało - 1 jednostka), z węgla (mało - 3 jednostki), z węgla drzewnego (trochę więcej - 5 jednostek) lub z koksu (ekstra - 10 jednostek).
Wygląda na skomplikowane? Wcale nie jest. Jest bardzo intuicyjne (do grania), chociaż silnie mózgożerne. To jedna z tych gier, które w przypadku porażki całościowo obwiniają gracza, bo prawie nie ma tam elementu losowego. Albo inaczej: ten element jest, ale nieznacznie wpływa na grę.
Krótki filmik pokazujący o co w tym chodzi jest ofc na YT:
Do tego mogę dodać, że grać w Le Havre można samemu, ale też ze znajomymi (do 5 graczy) oraz że na BGG jest wersja na kompa (nie trzeba chrzanić się z żetonami, rozstawianiem itp, a komp do tego przypilnuje zasad). No i oczywiście jest polska instrukcja.
środa, 4 sierpnia 2010
Służbowo i planszówkowo (prawie jak "Ogniem i mieczem")
Jutro wyjeżdżam służbowo-planszówkowo. Nie oznacza to (niestety), że teraz przenoszę się do branży growej, ale i tak dwa następne wieczory nie powinny być najgorsze. Zabieram ze sobą bowiem - uwaga, uwaga: surprise - dwie planszóweczki. Nauczony dotychczasowymi wyjazdami integracyjnymi, przezornie zabieram gry, które pozwalają grać także 1 osobie (takie bardziej skomplikowane pasjansiki;) Nie wiem czemu tak jest, ale gry zawsze przegrywają z wódką (najczęściej darmową) oraz tzw. "imprezami". Piszę "tzw.", bo jakże może być impreza bez planszy? No właśnie, nie może być :) Szczerze mówiąc nie wierze, że uda mi się w coś zagrać z kimś więcej, ale wypadki chodzą po ludziach i a nuż zdarzy się, że ktoś antybiotyki zacznie brać rano i nie będzie mógł pić?
Zabieram więc ze sobą "At the Gates of Loyang" i "Le Havre". Loyanga znam dobrze, bo kilka razy w niego już grałem.
"At the Gates of Loyang" jest przeuroczym pasjansikiem z drobnymi elementami negatywnej interakcji między graczami. Fantastyczna jest jego oprawa graficzna - uprawienie drewnianych warzywek działa na wszystkich. Na dodatek gra nie jest specjalnie wymagająca i tłumaczy się ją dość szybko. O samej grze nie będę tutaj pisał za wiele, bo inni zrobili to znacznie lepiej ode mnie.
"Le Havre" zbiera znacznie lepsze opinie (cięższy, bardziej wymagający, mniej losowy), ale jeszcze nie zdecydowałem się na odpalenie swojego egzemplarza. No przynajmniej raz to planuje sobie w niego zagrać, żeby wiedzieć co i jak chociaż.
Zabieram więc ze sobą "At the Gates of Loyang" i "Le Havre". Loyanga znam dobrze, bo kilka razy w niego już grałem.
"At the Gates of Loyang" jest przeuroczym pasjansikiem z drobnymi elementami negatywnej interakcji między graczami. Fantastyczna jest jego oprawa graficzna - uprawienie drewnianych warzywek działa na wszystkich. Na dodatek gra nie jest specjalnie wymagająca i tłumaczy się ją dość szybko. O samej grze nie będę tutaj pisał za wiele, bo inni zrobili to znacznie lepiej ode mnie.
"Le Havre" zbiera znacznie lepsze opinie (cięższy, bardziej wymagający, mniej losowy), ale jeszcze nie zdecydowałem się na odpalenie swojego egzemplarza. No przynajmniej raz to planuje sobie w niego zagrać, żeby wiedzieć co i jak chociaż.
czwartek, 29 lipca 2010
"Cavum" na stole
Nie mogę się doczekać najbliższej sesji planszówkowej, a to przez rozczajenie (czytaj: przeczytanie i zrozumienie instrukcji) do gry Cavum. Gra ma już (chyba) ze 2 lata, u mnie leży co najmniej rok i zawsze było coś innego do grania. No ale w końcu się zdecydowałem, przysiadłem i zostaje teraz tylko czekanie.
Całość miała duży potencjał, głównie dzięki nazwiskom projektantów (tak, w planszówkach nazwisko projektanta ma znaczenie): Wolfganga Kramera i Michaela Kieslinga. Te dwa nazwiska to pewniacy - nie pierwszej młodości już panowie, ale mający na koncie kilka znakomitych tytułów, takich mega klasyków planszówkowych. Na dodatek graficznie grę opracował Mike Doyle, czyli też absolutny top grafików zajmujących się planszówkami. Jeśli ktoś lubi popatrzeć na ładne rzeczy, wysmakowane projekty i kolory, to warto zajrzeć na jego blogasa (grafiki Doyle'a do Cavum można też tam zobaczyć).
Wygląda całość bosko, po instrukcji i testowym rozłożeniu i grze solo, podoba mi się ona bardzo - daje multum możliwości. Na początku sprawia to wrażenie chaosu (skoro można wszystko, to nie wiadomo od czego zacząć, a później i tak ogrom możliwości przytłacza), ale przez to gra chyba nie będzie powtarzalna.
No i najważniejsze: gwarancja silnej interakcji między graczami. Interakcji negatywnej, dodajmy. Czyli można blokować, dosrywać, podkradać i ogólnie rzecz ujmując działać na szkodę innych graczy. Mniam :) Jak faktycznie pogram, to napiszę więcej :)
Całość miała duży potencjał, głównie dzięki nazwiskom projektantów (tak, w planszówkach nazwisko projektanta ma znaczenie): Wolfganga Kramera i Michaela Kieslinga. Te dwa nazwiska to pewniacy - nie pierwszej młodości już panowie, ale mający na koncie kilka znakomitych tytułów, takich mega klasyków planszówkowych. Na dodatek graficznie grę opracował Mike Doyle, czyli też absolutny top grafików zajmujących się planszówkami. Jeśli ktoś lubi popatrzeć na ładne rzeczy, wysmakowane projekty i kolory, to warto zajrzeć na jego blogasa (grafiki Doyle'a do Cavum można też tam zobaczyć).
Wygląda całość bosko, po instrukcji i testowym rozłożeniu i grze solo, podoba mi się ona bardzo - daje multum możliwości. Na początku sprawia to wrażenie chaosu (skoro można wszystko, to nie wiadomo od czego zacząć, a później i tak ogrom możliwości przytłacza), ale przez to gra chyba nie będzie powtarzalna.
No i najważniejsze: gwarancja silnej interakcji między graczami. Interakcji negatywnej, dodajmy. Czyli można blokować, dosrywać, podkradać i ogólnie rzecz ujmując działać na szkodę innych graczy. Mniam :) Jak faktycznie pogram, to napiszę więcej :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











