Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

Tygrys i Eufrat wzięte

Alleluja, chwalmy Pana. Po - jeśli dobrze liczę - 6 latach zbierania się, zagrałem w Tigris & Euphrates. Stało się :) Teraz pozostał tylko żal, że do tej pory nie grałem w to wcześniej. Wczorajsza partia była dwuosobowa, ale gra i tak pokazał pazur. Bardzo fajna, bardzo dynamiczna i z ogromną interakcją. Idealnie się trafiło. Kwintesencja eurogry.

Planowałem w TiE grać z Młodym, ale po pierwszej partii mam wrażenie, że to może być dla niego tytuł zbyt abstrakcyjny. Tak czy owak, kiedy dzisiaj dzielił elementy (żeby nie marnować czasu na sesjach, po grze zgarniam wszystko do pudełka, a następnego dnia Młody dzieli całość) trochę mu o grze opowiedziałem. Pilnowałem się jednak, żeby nie zacząć mu wykładać kolejnego tytułu, skoro na Dzień Dziecka dostanie Memoir'44 a na imieniny (połowa czerwca) - Small World.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

gramy w Haciendę!

Chłopak zaczyna grywać już w bardzo dorosłe tytuły - wczoraj nauczyłem go Haciendy i chwilowo wydaje się zafascynowany. No fajnie, bo gra przednia, absolutnie I liga abstrakcyjnych eurogier. Fakt że mu się spodobała cieszy mnie tym bardziej, że dzięki niej będzie mieć szybką potrzebę nauczenia się poprawnego liczenia/podliczania (no i ma po co uczyć się rozliczania transakcji: wypłacić, rozmienić, wydać resztę - do tej pory to leżało, teraz jest powód żeby się nauczyć).

Mam podstawową wątpliwość dotyczącą tego jak go uczyć. Niby opowiedziałem mu reguły, ale złapałem się później na tym że uczę go już elementów strategii: wtedy blokujesz, wtedy kupujesz, zamykasz dostęp do rynku, podkupujesz zwierzęta przeciwnikowi... No i nie wiem czy dobrze robię. Ewidentnie widać że to chwyta i stosuje, ale nie wiem czy nie zabieram mu radości z odkrywania czegoś samemu. Pytanie tylko, do jakiego stopnia taką "radość" może mieć jedynie osoba dorosła/dojrzała, a do jakiego dziecku chodzi o to, żeby się dobrze bawić i żeby wygrać. No zobaczę w przyszłości.

Dodatkowo syn mnie podbudował elementami "szerszego spojrzenia" i jakiejś takiej bardzo ogólnej analizy. Otóż zauważył że Seeland i Hacienda są do siebie jakoś tak trochę podobne. Nie potrafił tego nazwać, ale mówił że jakoś jedna przypomina mu drugą. Zrobiło to na mnie wrażenie, bo obie te gry są autorstwa Wolfganga Kramera. I wcale nie są do siebie podobne, ale pewien Kramerowy sznyt na nich niewątpliwie występuje, co Młody wyłowił. Moja krew :) Aż mnie kusi, żeby zobaczyć czy ręki Kramera dopatrzy się w Cavum (a widać ją tam bardziej, ale na to poczekam trochę - niech się nacieszy możliwościami Haciendy).

czwartek, 14 kwietnia 2011

młodego rozważania po religii

//młody idzie pod prysznic i chlipie
- co się dzieje?
- tata, a ksiondz powiedział, ze jak sie pokazuje tseci palec to jest gZech, a to chyba nie jest gZech
//tata skonsternowany
- a ty pokazujesz trzeci palec?
- no jak lice: jeden, dwa, tsy...

ROTFL :)

niedziela, 19 grudnia 2010

Sobota z klockami LEGO

Sponsorem ostatniej soboty była firma LEGO - dostawca kolorowych klocków dla dzieci i nie tylko :) Zaczęło się skromnie, od przeniesienia torów, żeby uruchomić dwa pociągi nie w małym pokoju Młodego, tylko na większej płaszczyźnie podłogi tzw. salonu. No a potem wpadłem na pomysł, że skoro mam już aparat Zorka-5, to mógłbym zrobić parę zdjęć.

Nie żebym jakoś jechał po PKP, ale na dworcu dawała się odczuć lekka nerwowość. Pociąg miał opóźnienie!


W końcu jednak zaczął się wtaczać pomału na stację, co Poeta opisał słowami "powoli jak żółw ociężale". Ten kolo w białym, padł z wrażenia, że pociąg jednak podstawili.

Niektórzy jednak byli w zbyt słabej formie, żeby dostać się do pociągu. Chyba przejechali się komunikacją miejską w zeszłym tygodniu, szczególnie ten pan w ciemnym garniturze. Nie jest wykluczone, że był na jakiejś większej imprezie, być może w mojej macierzystej firmie.

A ten podstawiony pociąg, to nawet dość czysty był.

Chociaż czy to aby na pewno scena z PKP? A może raczej przystanek tramwajowy Wierzbno w stronę Służewia, w dzień powszedni w godzinach porannych?

Jednak koleje państwowe, co potwierdza burdel bałagan z tyłu.

Sytuację ratuje boska ręka. Taką samą widać w Kaplicy Sykstyńskiej.

Oooops, a tutaj sceny naszego Błenkitnego śmigłowca. Kolej stoi. Budowlańcy też stoją.

No, a tutaj Młody jedzie na ostro. Ułożyliśmy z pomieszanych klocków trzy wozy straży pożarnej (dzisiaj prowadziliśmy działania pod nazwą "ogranicz liczbę bezpańskich klocków koloru czerwonego"). Jezu, ile tego jeszcze nam zostało? Już na dźwięk grzebania w klockach dostaję kurczy żołądka. Poważnie, dźwięk jest zabójczy, tylko grzebać trzeba w dużej ilości i w plastikowym naczyniu. A tak BTW, to różne kolory wydają różne dźwięki. Najwyższy i najmniej przyjemny daje kolor biały.

A tutaj efekt pracy Młodej. To jest GOM (pol.: dom), otwory z boku to miejsce gdzie mieszkają PI-PI (pol.: myszy). Pomiędzy otworami myszek a kolumną główną, zamieszkuje TOT (pol.: kot). Co nie zmienia faktu, że Młodej świetnie to wyszło. Młody był wdrażany w LEGO od małego, ale na zasadzie budowania z instrukcji. Młoda idzie na żywioł i super. Konstrukcje młodego do tej pory sprawiają wrażenie nieco NIESTABILNE. Przypominają asymetryczną sieć pajęczą na silnym wietrze. Potem się człowiek dowiaduje że to był bunkier, fundamenty albo garaż dla walca... Młoda jednak konkretniej buduje ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

Boskie baśnie dla dzieci. W sumie tez Boskie Buenos, jeno baśniowe

Na fajną serię książek dla dzieci ostatnio trafiłem. Wydawnictwo Media Rodzina (szerzej znane z wyłączności w Polsce na publikacje książek niejakiej Joan Rowling na temat sami-wiecie-kogo) wydało już cztery książki w "kwadratowej" serii baśni. My mamy już za sobą "Baśnie afrykańskie" i "Baśnie norweskie", a teraz jesteśmy w trakcie czytania "Baśni chińskich". W tajemnicy wielkiej dowiedziałem się od Świętego Mikołaja, Młody dostanie dodatkowo "Baśnie celtyckie".

Wszystkich zachęcam do ich nabywania - nawet jeśli nie teraz, to przydadzą się w przyszłości. Dlaczego warto je kupić?

Po pierwsze, dla dziecka nigdy dosyć baśni. Nigdy. Szczególnie takich prawdziwych, gdzie ludzie giną (a nie usypiają), gdzie pojawia się prawdziwe Zło i zostaje pokonane przez Dobro, aczkolwiek nie zawsze, a to BARDZO CENNA NAUKA. Może kiedyś napiszę o tym więcej, bo traktuje to jako swoją misję. W zalewie plastikowego gówna i poprawności politycznej w której wilk w Czerwonym Kapturku zostaje ogłuszony i wyniesiony do lasu, perłami są PRAWDZIWE baśnie, które mają do spełniania pewną rolę i którą to rolą nie jest bynajmniej zapewnienie jedynie bezpretensjonalnej rozrywki. Zaprawdę powiadam wam, czytajcie Bettelheima!

Po drugie, są świetną bazą do nauki wielokulturowości. Świat jest ogromny (dla dziecka) a tutaj nagle okazuje się, że w baśniach norweskich i chińskich występują te same elementy. I to mlody mi to zauważa! No pięknie, bo stąd już tylko krok do wniosku, że ludzie są wszędzie tacy sami. Co istotne, to podejście wielokulturowe dotyczy nie tylko kultury materialnej, ale także specyficznego oglądu świata. Mimo wszystkich podobieństw, baśnie wywodzące się z konfucjanizmu będą różnić się od tych, z czarnej Afryki.

Po trzecie, są niedługie i stanowią idealną wieczorną lekturę. Nie jest to co prawda kilka stron, ale większość da się przeczytać właśnie w 20-30 minut.

Po czwarte, dzięki nieco odmiennemu w stosunku do powszechnie używanego języka, jest możliwość nauki ciekawych zwrotów, których nie używa się często. Momentami jest to uciążliwe (bo trzeba dobrze się nagimnastykować umysłowo, żeby niektóre rzeczy wytłumaczyć), a czasami nawet męczące (jeśli tego typu tłumaczeń jest dużo), ale czego się nie robi dla dzieci :)

Po piąte, każda książka jest bogato ilustrowana, a na dodatek te ilustracje stylistycznie przynależą do poszczególnych kultur/baśni. One po prostu pasują. Co więcej, w książkach pełno jest nie tylko dużych, całostronicowych ilustracji, ale też takiej "małej architektury" w rodzaju malutkich ozdobników, stylizacji paginacji, zabawy barwą na całych stronach, etc. Dość spojrzeć na ilustracje na końcu tekstu. Niestety, nie znalazłem w necie fotek z ilustracji do baśni chińskich (a są piękne).

Po szóste, te baśnie czyta się wygodnie. Czcionka jest dwuelementowa (bez żadnych eksperymentów z rodzaju "200 stron arialem"), duża, ze sporą interlinią. Dobrze się to czyta nawet przy przyciemnionym świetle. Nie wspominam już nawet, że może to być także świetna lektura do nieco bardziej zaawansowanej nauki samodzielnego czytania.

Nam najbardziej przypadły do gustu afrykańskie i chińskie. Celtyckich nawet nie ruszałem jeszcze, od razu zapakowałem żeby nie zaczął czytać :) Najmniej mi pasowały (i Młodemu też) te norweskie. One są takie mało baśniowe - mi się kojarzyły z XIX wiekiem, bardziej z Andersenem niż z baśniami-baśniami. Szkoda, bo liczyłem na masę karłów, czarownic i trolli, a tymczasem jest ich tam niewiele. Co nie znaczy, że są złe. Potem wyczytałem, że dla Norwegów to one są jakimś fundamentem tożsamości narodowej czy siakoś tak. To ja już wolę Kalevalę od Finów - też spisana w XIX wieku, ale jakże cudownie barbarzyńska i przedchrześcijańska! Zresztą wkrótce poczytam ją Młodemu.



środa, 29 września 2010

tylko dla rodziców (i ewentualnie chrzestych)

Sympatyczne bajki dla dzieci udało mi się wyczaić jakiś czas temu. Byłem przekonany, że przez przypadek (bo takie "bajeczki" z twardymi kartkami kupuje się na czuja, a potem się okazuje czy to jest coś warte), ale z tej samej serii trafiłem kolejne. I bardzo pięknie.

Wydawnictwo nazywa się Bajka (oryginalnie!) i wydaje rzeczy dla dzieci w różnym wieku. Młodego to raczej nie ruszają one, bo on to raczej Hobbita, LOTRa a zaraz pewnie Pottera będzie wysłuchiwać, ale dla Młodej, książeczki są idealne. Rewelacyjne graficznie (wyglądają jak namalowane akwarelami na płótnie), bardzo ciepłe i dowcipne obrazki. Do tego naprawdę fajne teksty - nietrywialne rymy, ciekawe historyjki. To rzadkość, bo standardem jest produkcja masowego GÓWNA. W większości pozycji rzygać się chce już na nie patrząc, że o czytaniu nie wspomnę. Szczęśliwie są jednak wyjątki.

Teraz kupiliśmy "Czarodzieja Prztyka" i "Kolory". Podczas czytania, Młoda aż piszczy, tak się cieszy oglądając obrazki i słuchając historyjek. Szacun dla autorki Autorki. Teksty pisze Małgorzata Strzałkowska i robi to naprawdę zawodowo. Wygrzebałem jej wywiad dla "Wysokich obcasów", świetny, polecam. Mało osób rozumie teraz idee baśni, inicjacji i rolę jaką spełniają w okresie dzieciństwa. Tow. Strzałkowska rozumie i chwała jej za to.  Jak się czyta coś takiego jak niżej, to serce rośnie:

Wysokie obcasy: Czy dzieci warto oszukiwać po to, żeby złagodzić im świat? W uproszczonej dla najmłodszych wersji baśni o Czerwonym Kapturku,którą czytam mojemu niespełna trzyletniemu synowi, babcia chowa się do szafy.
M. Strzałkowska: Nie ma sensu cenzurować baśni, bo dzieciństwo jest między innymi po to, żeby oswoić się z lękiem. Najgorsze to wejść z nieoswojonym lękiem w dorosłe życie, to jest horror, sama to przeżyłam. Dzieci w pewnym sensie naturalnie lubią się bać, straszą się, mówią: "Mamo, boję się ciemności", ale proszą też: "Mamo, opowiedz mi o duchach". Baśń, w której babcia chowa się do szafy, niczego dziecka nie nauczy. Jeśli babcię zje wilk, dziecko się przestraszy i wtedy trzeba mu pomóc wyjść z lęku - przytulić, uspokoić. W "Wierszach że aż strach", które przygotowuję dla wydawnictwa Media Rodzina, pokazuję różne sposoby radzenia sobie ze strachami. Oczywiście od teorii psychologicznej do wierszyka dla dzieci jest długa droga. Pokazuję np. Babę Jagę, która jest całkiem maciupeńka, czy ducha, który bardziej się boi, niż straszy.
źródło: Wysokie obcasy


A Bajka ma nawet profil na FB. No idzie nowe w branży :) Fanów mało, ale trudno. Gdybym nie lał na fejsa, to może bym ich zlajkował, ale to byłoby złamanie zasad, a jakieś zasady mieć trzeba.

środa, 11 sierpnia 2010

Wakacje w trójmieście (1)

Od soboty urzęduje w dawnym mieszkaniu znajomego. Przyjechalim z żona i dziećmi na tydzień. Po 3 dniach tutaj moge smialo powoedziec, ze miejsce jest zajebiaszcze: estetycznie bije warszawe na glowe (z tym ze to nie sztuka akurat) a wedlug mnie takze krakow i wroclaw. Kierowcy kulturalniejsi. Sprzedawcy chyba uczciwsi (na bazarach nie wciskaja starych warzyw i owocow) i daja nawet patagony. Szok!!! No i sa takze cudowne sciezki rowerowe, o jakich w wawie mozna jedynie pomarzyc.

No kusi mnie zeby rynek pracy tutejszy sprawdzic...