Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do czytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do czytania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 stycznia 2011

dobra księgarnia internetowa

Od jakiegoś czasu sporo kupuję (no i czytam) sporo książek ze Znaku. Jestem pod wrażeniem jakości działania ich księgarni internetowej. Jest naprawdę fajnie, super że takie takie miejsca są w polskim necie.

Po pierwsze, świetna (z punktu widzenia klienta) polityka cenowa. Nawet nowe książki wystawiane są z dużymi rabatami. Fajnie że ludzie stamtąd rozumieją, że właśnie kiedy książka jest nowa, trzeba na nią obniżyć cenę. Kiedy pracowałem jeszcze w branży wydawniczej i zajmowałem się księgarnią internetową pewnego wydawnictwa, z tym właśnie był największy problem (znaczącym obniżeniu ceny na początku). Do tego Znak regularnie oferuje zestawy książek przecenionych (ale nie szrotów) o podobnej tematyce, do kupienia razem z nowością. Brawo!

Po drugie, regularne informowanie o nowościach. Nie jest nachalnie, jest akurat tyle, ile potrzeba. Świetnym pomysłem jest umieszczanie dodatkowego kodu rabatowego w tych mailach. Kod jest w każdym, ale jest fajnie prezentowany (na końcu) - kto ma znaleźć, ten znajdzie. Co najlepsze, z tego co zauważyłem (i kilkakrotnie korzystałem) rabaty się sumują i jeśli poskłada się kilka większych, oszczędność cenowa jest bardzo duża (rzędu kilkudziesięciu procent).

Po trzecie, bardzo sensowna obsługa klienta. Nie wiem jak wygląda to przez telefon bo nie dzwoniłem, ale kiedy ostatnio znalazłem egzemplarz książki z brakującymi stronami, na mojego maila z pytaniem co zrobić jeśli nie mam już faktury (a książkę kupiłem kilka miesięcy temu) dostałem odpowiedź: wysyłamy Panu poprawny egzemplarz, proszę nie odsyłać wadliwego. Bosko! To jest obsługa na poziomie, do którego przyzwyczaił mnie amazon - żadnego kwękania itp. Jest problem? Rozwiązujemy go.

Po czwarte, wiem co kupuję. Są fragmenty do czytania, w książkach dla dzieci do posłuchania. Rewelacja!

Nie wiem jak było wcześniej, ale taką politykę prowadzi Znak od 1,5 roku około (tzn. ja wtedy zauważyłem). Na tle lekko samobójczych działań merlina (koszty przesyłek, sposób traktowania klientów, dostepność towarów, polityka cenowa) jest to pełen odlot. Rozumiem że jest to księgarnia własna, że marża inna, że można tak działać. Wszystko to wiem. I dlatego regularnie wybieram Znak. W przypadku innych wydawnictw (niestety) wybieram merlina, bo jest mi wygodniej, a o 2-3 PLN lepsza cena u wydawcy nie satysfakcjonuje mnie jeśli nie mogę zapłacić kartą albo mogę zamówić tylko przez Pocztę Polską (śmiech na sali). Ile to już merlin stracił na mnie kasy, to głowa mała :) Jedyne co mogliby poprawić, to sam sajt, bo teraz jest trochę staro i momentami niewygodnie.

niedziela, 9 stycznia 2011

kolejka na drugi raz

Jakoś ostatnio dotarło do mnie, że jest sporo "rzeczy" (żeby nie powiedzieć "dzieł"), z którym obcowałem tylko jeden raz. Niby nic dziwnego, bo wiele rzeczy robi się tylko raz, ale chodzi mi o takie, przy których ten jeden raz to za mało. Książki, które powinienem przeczytać drugi raz, a jeszcze tego nie zrobiłem, filmy, gry. No parę tego jest. I tak postanowiłem sobie stworzyć taką listę "oczekujących na drugi raz"

Boska komedia
Czarodziejska góra
Ulysses
Baudolino
Mahabharatha
Mistrz i Małgorzata
Neuromancer
Gargantua i Pantagruel
Uczta (Platon)

Może w ramach postanowień noworocznych dam sobie to szczęście przeczytam je po raz drugi?

piątek, 7 stycznia 2011

Dzieci Groznego

Kolejne zbiór reportaży za mną. Odkurzyłem dość długi leżące na półce Dzieci Groznego Asne Seierstad (tak, tej od Księgarza z Kabulu). Zdążyła się zakurzyć, bo jakoś nie miałem ochoty - nie wierzyłem, że ktoś z Europy Zachodniej będzie w stanie napisać o Czeczenii coś sensownego. Inna sprawa, że jeśli za punkt odniesienia się przyjmę książki Politkowskiej, to nie za bardzo wiadomo co sensownego można na ten temat przeczytać.

Księgarz mi się nie podobał. Historia tam opisana była dla mnie banalna. Ot takie całkowicie oczywiste pojmowanie Afganistanu przez wyzwoloną kobietę z Europy. Nie żebym twierdził, że tam się żyje łatwo, ale w książce brakowało mi próby zrozumienia tamtej kultury. Szczerze mówiąc, uważałem pisanie przez Norweżkę o Czeczenii za rodzaj nadużycia. Chyba jednak się myliłem.

Książka wbrew pozorom nie jest tylko o Czeczenii. Jest GŁÓWNIE o Czeczenii, ale także o Rosji. Jeśli pisze się o dzieciach wojny i to wojny czeczeńskiej, to taka książka nie może być łatwa. I ta taka nie jest. Czytając historie przypadkowych ludzi jest się przytłoczonym ciężarem nieszczęść, które na nich spadły (i nadal spadają). Odniesienie tego do dzieci, jeszcze bardziej potęguje to odczucie. Momentami te historie to koszmary, które wydają się nadawać bardziej na jakiś pokręcony scenariusz, niż na literaturę faktu. Nie chcę tutaj cytować fragmentów, bo byłoby to tanie. Zachęcam jednak do przeczytania i odniesienia się do naszej rzeczywistości - świata ludzi sytych i BEZPIECZNYCH. Czeczeńcy takiej możliwości nie mają. Tak naprawdę książka jest o całkowitym chaosie i o życiu w anarchii. Potwierdza obraz Czeczenii opisywany przez Politkowską.

Unikalne było dla mnie za to, spojrzenie oczami reżimowymi, tzn. z poziomu wycieczki organizowanej do Groznego przez Rosjan. Historie które wyprawia tam Kadyrow są raczej znane dla tych, którzy chcą wiedzieć. Ale skala kultu jednostki i zawłaszczenia społeczeństwa przez tego człowieka jest przerażająca.

Czyli mimo że miałem obawy, książkę polecam. Politkowska to nie jest, Jagielski też nie, ale to ważna rzecz i z ludzkiego punktu widzenia - dobrze ją poznać. Bo trzeba dawać świadectwo, a Seierstad je daje.

niedziela, 26 grudnia 2010

Jagielski: król reportażu

Jestem świeżo po lekturze ostatniej (chociaż sprzed prawie dwóch lat) książki Jagielskiego. Nie ukrywam, że od czasu Modlitwy o deszcz i Dobrego miejsca do umierania jestem fanem tego gościa. Żeby nie było: Wieże z kamienia też mi się podobały, ale tamte dwie - bardziej.

Do Nocnych wędrowców podchodziłem długo, chociaż książkę miałem od dnia premiery. Ja tak niestety mam, że jeśli ktoś wcześniej stworzył coś na wysokim poziomie, to trochę boję się brać do ręki nowych rzeczy. Dotyczy to gier, muzy, książek no, zasadniczo wszystkiego. Bo wcześniej było świetnie, ale jak będzie teraz? Jagielski więc czekał. Czekał także dlatego, że Afryka to dla mnie zupełnie terra incognita (więc wręcz idealnie, że książka ukazała się w tej właśnie serii). Kaukaz, Bliski Wschód i Azję Środkową uwielbiam i raczej ogarniam, ale Afryki zupełnie nie. W końcu jednak postanowiłem się zmierzyć z tematem i zostałem oczarowany.

W jednym zdaniu, to kolejna fantastyczna książka Jagielskiego. Niby opowiada o ugandyjskich dzieciach-partyzantach, ale tak naprawdę jest (a przynajmniej dla mnie była) niesamowitym spojrzeniem na dzieje Afryki Środkowo-Wschodniej na przestrzeni ostatnich 20 lat. Bo jest tam (a jakże inaczej) o Aminie, szerzej znanym młodszej publiczności z filmu Ostatni król Szkocji, jest o konfliktach w Kongu, o Czadzie, Sudanie, Kenji. Jest opisanie świata, ale opisanie z punktu widzenia ludzi i przez ludzi. To nie jest podręcznik, to reportaż w najlepszym wydaniu. Momentami trochę magiczny i bardzo klimatyczny, szczególnie w częściach gdzie Jagielski pisze o duchach (a raczej - Duchach). Na początku wydaje się to śmieszne i trochę groteskowe, ale później - przestaje. Książka się kończy, a pytania pozostają. W sumie bardzo wiele pytań, głównie smutnych. Wnioski do których się dochodzi, także nie napawają optymizmem. To inny świat, wcale nie gorszy niż nasz, ale jakby zapomniany. Dopiero czytając takie książki jak ta, czy Druga wojna czeczeńska Anny Politkowskiej, można docenić gdzie mieszkamy i jakie niewiarygodne szczęście mamy, że żyjemy tu i teraz.

Osobną rzeczą jest to, jak Jagielski pisze. Nigdy nie byłem wielkim fanem Kapuścińskiego (i to wcale nie dlatego, że ktoś mu coś tam wynalazł w życiorysie - po prostu nie leżał mi do końca styl jego pisania), za to Jagielski za każdym razem utwierdza mnie w przekonaniu, że w Polsce nie ma obecnie równych. Pięknie wszystko opisuje. Ta proza ma smak i rytm, sama zwalnia i przyspiesza wtedy kiedy trzeba. Tej książki nie warto czytać w jeden wieczór, chociaż niewątpliwie się da, bo napisana jest świetnie. Lepiej dać się na kilka dni zawładnąć tamtemu klimatowi, samotności dusznych wieczorów i krainie Duchów. I smutkowi, bo to będą smutne wieczory.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Strach

Jakiś czas temu skończyłem czytać Strach, Tomasza Grossa. W podtytule ma jeszcze "Historia moralnej zapaści" i dokładnie taka jest. To jest tytuł, który powinien być lekturą obowiązkową dla każdego Polaka (brzmi patetycznie, ale nic na to nie poradzę). Powinni to czytać licealiści obok Rozmów z katem czy Archipelagu Gułag. A nawet nie obok, a zamiast. Bo że Niemcy w czasie wojny mordowali - wiadomo, że Stalin przed wojną, w trakcie i po mordował - wiadomo. Ale że rodacy PO WOJNIE na zimno MORDOWALI ŻYDÓW, tego już publicznie nie wiadomo.

Nie sposób czytać Grossa bez wzbierającego wewnątrz obrzydzenia do własnej nacji. Jest to uczucie, z jakim zetknąłem się po raz pierwszy - zawsze Polacy to był Naród Wybrany, szczególnie doświadczony podczas wojny, o jedynie chwalebnej przeszłości. Docierały od czasu do czasu jakieś echa o zachowaniach haniebnych, szmalcownictwie i zwyczajnym sprzedawczykowstwie, jednak poprzez napiętnowanie były one traktowane jako wyjątki.

Zdarzenia opisane przez Grossa są tak surrealistyczne, że nie sposób co kilka stron nie zadawać sobie pytania, czy to możliwe. Może to inny kraj? Może to Wielka Rzesza, może to Generalne Gubernatorstwo? A to Polska właśnie... To zwyczajni Polacy mordujący swoich sąsiadów czy ich dzieci. Harcerze przepatrujący pociągi w poszukiwaniu osób o semickim wyglądzie, donoszący o tym Polakom-mordercom. To milicja i wojsko biernie przyglądające się rzezi. To wieśniacy domagający się od osoby pomagającej Żydom w czasie wojny dokonania mordu na kilkuletnich dzieciach. To człowiek zatrzymujący w Kielcach ciężarówkę i pytający kierowcy "Mam kilku Żydów do wywiezienia za miasto i do załatwienia. Pomoże Pan?". To milicjant zabijający kilkumiesięczne dziecko - z litości, bo to dobry Polak - bo matka już nie żyje (zlinczowana), a dziecko "by tęskniło i płakało". O Kościele nie będę nawet pisał - można się domyślić, jakie poglądy głosił. Ale o ludziach rozkopujących żydowskie zbiorowe mogiły przy obozach koncentracyjnych (do głębokości "trupiej mazi") w poszukiwaniu kosztowności niezauważonych przez Niemców - warto.

Tej książki nie da się zapomnieć. Czytając ma się wrażenie, że wiem jak czuje się teraz przeciętny Niemiec - nie on mordował, ale jego krajanie kilkadziesiąt lat temu - tak. Tak jak moi. Tylko że tamci na rozkaz, a moi - z czystej przyjemności, jak kaci/zbrodniarze.

Bez happy endu.

czwartek, 16 grudnia 2010

Boskie baśnie dla dzieci. W sumie tez Boskie Buenos, jeno baśniowe

Na fajną serię książek dla dzieci ostatnio trafiłem. Wydawnictwo Media Rodzina (szerzej znane z wyłączności w Polsce na publikacje książek niejakiej Joan Rowling na temat sami-wiecie-kogo) wydało już cztery książki w "kwadratowej" serii baśni. My mamy już za sobą "Baśnie afrykańskie" i "Baśnie norweskie", a teraz jesteśmy w trakcie czytania "Baśni chińskich". W tajemnicy wielkiej dowiedziałem się od Świętego Mikołaja, Młody dostanie dodatkowo "Baśnie celtyckie".

Wszystkich zachęcam do ich nabywania - nawet jeśli nie teraz, to przydadzą się w przyszłości. Dlaczego warto je kupić?

Po pierwsze, dla dziecka nigdy dosyć baśni. Nigdy. Szczególnie takich prawdziwych, gdzie ludzie giną (a nie usypiają), gdzie pojawia się prawdziwe Zło i zostaje pokonane przez Dobro, aczkolwiek nie zawsze, a to BARDZO CENNA NAUKA. Może kiedyś napiszę o tym więcej, bo traktuje to jako swoją misję. W zalewie plastikowego gówna i poprawności politycznej w której wilk w Czerwonym Kapturku zostaje ogłuszony i wyniesiony do lasu, perłami są PRAWDZIWE baśnie, które mają do spełniania pewną rolę i którą to rolą nie jest bynajmniej zapewnienie jedynie bezpretensjonalnej rozrywki. Zaprawdę powiadam wam, czytajcie Bettelheima!

Po drugie, są świetną bazą do nauki wielokulturowości. Świat jest ogromny (dla dziecka) a tutaj nagle okazuje się, że w baśniach norweskich i chińskich występują te same elementy. I to mlody mi to zauważa! No pięknie, bo stąd już tylko krok do wniosku, że ludzie są wszędzie tacy sami. Co istotne, to podejście wielokulturowe dotyczy nie tylko kultury materialnej, ale także specyficznego oglądu świata. Mimo wszystkich podobieństw, baśnie wywodzące się z konfucjanizmu będą różnić się od tych, z czarnej Afryki.

Po trzecie, są niedługie i stanowią idealną wieczorną lekturę. Nie jest to co prawda kilka stron, ale większość da się przeczytać właśnie w 20-30 minut.

Po czwarte, dzięki nieco odmiennemu w stosunku do powszechnie używanego języka, jest możliwość nauki ciekawych zwrotów, których nie używa się często. Momentami jest to uciążliwe (bo trzeba dobrze się nagimnastykować umysłowo, żeby niektóre rzeczy wytłumaczyć), a czasami nawet męczące (jeśli tego typu tłumaczeń jest dużo), ale czego się nie robi dla dzieci :)

Po piąte, każda książka jest bogato ilustrowana, a na dodatek te ilustracje stylistycznie przynależą do poszczególnych kultur/baśni. One po prostu pasują. Co więcej, w książkach pełno jest nie tylko dużych, całostronicowych ilustracji, ale też takiej "małej architektury" w rodzaju malutkich ozdobników, stylizacji paginacji, zabawy barwą na całych stronach, etc. Dość spojrzeć na ilustracje na końcu tekstu. Niestety, nie znalazłem w necie fotek z ilustracji do baśni chińskich (a są piękne).

Po szóste, te baśnie czyta się wygodnie. Czcionka jest dwuelementowa (bez żadnych eksperymentów z rodzaju "200 stron arialem"), duża, ze sporą interlinią. Dobrze się to czyta nawet przy przyciemnionym świetle. Nie wspominam już nawet, że może to być także świetna lektura do nieco bardziej zaawansowanej nauki samodzielnego czytania.

Nam najbardziej przypadły do gustu afrykańskie i chińskie. Celtyckich nawet nie ruszałem jeszcze, od razu zapakowałem żeby nie zaczął czytać :) Najmniej mi pasowały (i Młodemu też) te norweskie. One są takie mało baśniowe - mi się kojarzyły z XIX wiekiem, bardziej z Andersenem niż z baśniami-baśniami. Szkoda, bo liczyłem na masę karłów, czarownic i trolli, a tymczasem jest ich tam niewiele. Co nie znaczy, że są złe. Potem wyczytałem, że dla Norwegów to one są jakimś fundamentem tożsamości narodowej czy siakoś tak. To ja już wolę Kalevalę od Finów - też spisana w XIX wieku, ale jakże cudownie barbarzyńska i przedchrześcijańska! Zresztą wkrótce poczytam ją Młodemu.



wtorek, 14 grudnia 2010

Książki Beevor'a

Miałem ostatnio okazję przeczytać kilka książek Antony'ego Beevor'a - angielskiego historyka. W Polsce jego książki wydaje głównie Znak. Wzmianki o Beevorze znalazłem porozsiewane w różnych miejscach. Bardzo pozytywnie wypowiadał się o nim Davis (Norman), w innych książkach Beevor także cytowany jest często, więc postanowiłem spróbować.

Uwielbiam historię, ale traktowaną jako proces, nie sumę zdarzeń, szczególnie tych militarnych. Trochę obawiałem się, że takie będzie pisanie Beevora - w końcu mówi się o nim jako jednym z najzdolniejszych historyków wojskowości młodego pokolenia. A mnie rozważania, że 5 Dywizja zaatakowała 7. Korpus jakoś nudzą - nie znam skali, nie wiem czym to się dokładnie je i tego nie rozumiem. To trochę jak z czytaniem nut - znam teorię, ale dźwięków nie słyszę. Na szczęście moje obawy okazały się płonne, a kasa wydana na pierwszą kupioną przeze mnie książkę Beevora - D-Day okazała się być dobrze zainwestowana (aczkolwiek pociągnęła spore wydatki później).

Nie będę streszczał jego książek, bo nie o to chodzi. Do tej pory miałem okazję przeczytać "D-Day", "Berlin 1945. Upadek" i "Stalingrad" (nota bene obsypany nagrodami). Fascynujące. To nie są książki "militarne", aczkolwiek traktują o wojnie. Opowiadają o zwykłych ludziach, cytują fragmenty listów, pamiętników, dokumentów. Niesamowicie zmienia to perspektywę oglądania historii. Nie jest już bezosobową wojną toczoną przez armie, a jest pojedynkiem wciągniętych w jej bieg ludzi. Wydawało mi się, że jakoś temat II wojny ogarniam, ale po lekturze książek Beevora widzę, że miałem ogląd tylko lasu, a nie konkretnych drzew. A warto na te drzewa spojrzeć. Szczególnie "Stalingrad" zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Opisy cierpień zarówno jednej jak i drugiej strony są wstrząsające. Bardzo duże i zupełnie niepoprawnie politycznie pisze też Beevor o formacjach z innych krajów (także z Rosji) współpracujących z Wehrmachtem. Fascynujące. Dla mnie to duża część historii pisana zupełnie od nowa.

Z rzeczy wydanych w Polsce została mi jeszcze hiszpańska wojna domowa. Średnio mnie do tej pory interesowała, ale wiem że czytając Beevora się nie zawiodę. I na tym polega chyba siła dobrego autora - sięgnę po pozycję, której bez jego nazwiska pewnie bym nie ruszył. A tak przeczytam, a wiedza zostanie (no, częściowo). Mam też nadzieję, że wydane zostaną jego inne książki, np. te traktujące o Krecie, a jeśli nie, zawsze zostaje amazon :)

środa, 29 września 2010

tylko dla rodziców (i ewentualnie chrzestych)

Sympatyczne bajki dla dzieci udało mi się wyczaić jakiś czas temu. Byłem przekonany, że przez przypadek (bo takie "bajeczki" z twardymi kartkami kupuje się na czuja, a potem się okazuje czy to jest coś warte), ale z tej samej serii trafiłem kolejne. I bardzo pięknie.

Wydawnictwo nazywa się Bajka (oryginalnie!) i wydaje rzeczy dla dzieci w różnym wieku. Młodego to raczej nie ruszają one, bo on to raczej Hobbita, LOTRa a zaraz pewnie Pottera będzie wysłuchiwać, ale dla Młodej, książeczki są idealne. Rewelacyjne graficznie (wyglądają jak namalowane akwarelami na płótnie), bardzo ciepłe i dowcipne obrazki. Do tego naprawdę fajne teksty - nietrywialne rymy, ciekawe historyjki. To rzadkość, bo standardem jest produkcja masowego GÓWNA. W większości pozycji rzygać się chce już na nie patrząc, że o czytaniu nie wspomnę. Szczęśliwie są jednak wyjątki.

Teraz kupiliśmy "Czarodzieja Prztyka" i "Kolory". Podczas czytania, Młoda aż piszczy, tak się cieszy oglądając obrazki i słuchając historyjek. Szacun dla autorki Autorki. Teksty pisze Małgorzata Strzałkowska i robi to naprawdę zawodowo. Wygrzebałem jej wywiad dla "Wysokich obcasów", świetny, polecam. Mało osób rozumie teraz idee baśni, inicjacji i rolę jaką spełniają w okresie dzieciństwa. Tow. Strzałkowska rozumie i chwała jej za to.  Jak się czyta coś takiego jak niżej, to serce rośnie:

Wysokie obcasy: Czy dzieci warto oszukiwać po to, żeby złagodzić im świat? W uproszczonej dla najmłodszych wersji baśni o Czerwonym Kapturku,którą czytam mojemu niespełna trzyletniemu synowi, babcia chowa się do szafy.
M. Strzałkowska: Nie ma sensu cenzurować baśni, bo dzieciństwo jest między innymi po to, żeby oswoić się z lękiem. Najgorsze to wejść z nieoswojonym lękiem w dorosłe życie, to jest horror, sama to przeżyłam. Dzieci w pewnym sensie naturalnie lubią się bać, straszą się, mówią: "Mamo, boję się ciemności", ale proszą też: "Mamo, opowiedz mi o duchach". Baśń, w której babcia chowa się do szafy, niczego dziecka nie nauczy. Jeśli babcię zje wilk, dziecko się przestraszy i wtedy trzeba mu pomóc wyjść z lęku - przytulić, uspokoić. W "Wierszach że aż strach", które przygotowuję dla wydawnictwa Media Rodzina, pokazuję różne sposoby radzenia sobie ze strachami. Oczywiście od teorii psychologicznej do wierszyka dla dzieci jest długa droga. Pokazuję np. Babę Jagę, która jest całkiem maciupeńka, czy ducha, który bardziej się boi, niż straszy.
źródło: Wysokie obcasy


A Bajka ma nawet profil na FB. No idzie nowe w branży :) Fanów mało, ale trudno. Gdybym nie lał na fejsa, to może bym ich zlajkował, ale to byłoby złamanie zasad, a jakieś zasady mieć trzeba.

piątek, 24 września 2010

japońce: co nieco o dziwakach

Japońce to jednak zdrowo posrani są. Niby prawda ta jest dość powszechna, ale jednak ciągle daje o sobie znać i z różnych miejsc się wylewa. Teraz podczytuje sobie (a właściwie kończę, po kilku miesiącach przerwy) "Punkty zwrotne" Iana Kershawa.

To co jest tam opisane na temat Japonii i sposobu w jaki tworzył się plan wypowiedzenia wojny USA, to modelowa opowieść pt. "jak to jest mieć nasrane pod sufitem". Skośnoocy niewątpliwie mają, a przynajmniej wtedy mieli. Dość trudno uwierzyć, w jaki sposób cywilizowany (aczkolwiek nieco skopany) kraj w pełni świadomie postanawia wypowiedzieć wojnę, która z góry jest przegrana. Nawet niemieckie plany podboju miały jakieś szanse powodzenia, tym bardziej że przez jakiś czas Blitzkrieg przynosił efekty zaskakujące. Japonia od początku wiedziała, że wojnę przegra: nie ma surowców, ma przestarzałą gospodarkę a na dodatek jest mocno zaangażowana militarnie w Chinach. Siła przekonywania munduru w tamtejszej kulturze jest niesamowita, nawet jeśli wszyscy dookoła wiedzą, że będzie to klęska. Niewiarygodne.

Pozostała część książki jest naprawdę bardzo dobra i warto przeczytać, bo to taka "historia nieznana". Przeważnie w mediach jest się skarmianym częścią militarną konfliktu. Tutaj pojawia się ona jako tło. Prawdziwa gra toczy się w gabinetach: na posiedzeniach rządu, naradach, sztabach, parlamentach i to właśnie pokazuje Kershaw.