czwartek, 16 grudnia 2010

Boskie baśnie dla dzieci. W sumie tez Boskie Buenos, jeno baśniowe

Na fajną serię książek dla dzieci ostatnio trafiłem. Wydawnictwo Media Rodzina (szerzej znane z wyłączności w Polsce na publikacje książek niejakiej Joan Rowling na temat sami-wiecie-kogo) wydało już cztery książki w "kwadratowej" serii baśni. My mamy już za sobą "Baśnie afrykańskie" i "Baśnie norweskie", a teraz jesteśmy w trakcie czytania "Baśni chińskich". W tajemnicy wielkiej dowiedziałem się od Świętego Mikołaja, Młody dostanie dodatkowo "Baśnie celtyckie".

Wszystkich zachęcam do ich nabywania - nawet jeśli nie teraz, to przydadzą się w przyszłości. Dlaczego warto je kupić?

Po pierwsze, dla dziecka nigdy dosyć baśni. Nigdy. Szczególnie takich prawdziwych, gdzie ludzie giną (a nie usypiają), gdzie pojawia się prawdziwe Zło i zostaje pokonane przez Dobro, aczkolwiek nie zawsze, a to BARDZO CENNA NAUKA. Może kiedyś napiszę o tym więcej, bo traktuje to jako swoją misję. W zalewie plastikowego gówna i poprawności politycznej w której wilk w Czerwonym Kapturku zostaje ogłuszony i wyniesiony do lasu, perłami są PRAWDZIWE baśnie, które mają do spełniania pewną rolę i którą to rolą nie jest bynajmniej zapewnienie jedynie bezpretensjonalnej rozrywki. Zaprawdę powiadam wam, czytajcie Bettelheima!

Po drugie, są świetną bazą do nauki wielokulturowości. Świat jest ogromny (dla dziecka) a tutaj nagle okazuje się, że w baśniach norweskich i chińskich występują te same elementy. I to mlody mi to zauważa! No pięknie, bo stąd już tylko krok do wniosku, że ludzie są wszędzie tacy sami. Co istotne, to podejście wielokulturowe dotyczy nie tylko kultury materialnej, ale także specyficznego oglądu świata. Mimo wszystkich podobieństw, baśnie wywodzące się z konfucjanizmu będą różnić się od tych, z czarnej Afryki.

Po trzecie, są niedługie i stanowią idealną wieczorną lekturę. Nie jest to co prawda kilka stron, ale większość da się przeczytać właśnie w 20-30 minut.

Po czwarte, dzięki nieco odmiennemu w stosunku do powszechnie używanego języka, jest możliwość nauki ciekawych zwrotów, których nie używa się często. Momentami jest to uciążliwe (bo trzeba dobrze się nagimnastykować umysłowo, żeby niektóre rzeczy wytłumaczyć), a czasami nawet męczące (jeśli tego typu tłumaczeń jest dużo), ale czego się nie robi dla dzieci :)

Po piąte, każda książka jest bogato ilustrowana, a na dodatek te ilustracje stylistycznie przynależą do poszczególnych kultur/baśni. One po prostu pasują. Co więcej, w książkach pełno jest nie tylko dużych, całostronicowych ilustracji, ale też takiej "małej architektury" w rodzaju malutkich ozdobników, stylizacji paginacji, zabawy barwą na całych stronach, etc. Dość spojrzeć na ilustracje na końcu tekstu. Niestety, nie znalazłem w necie fotek z ilustracji do baśni chińskich (a są piękne).

Po szóste, te baśnie czyta się wygodnie. Czcionka jest dwuelementowa (bez żadnych eksperymentów z rodzaju "200 stron arialem"), duża, ze sporą interlinią. Dobrze się to czyta nawet przy przyciemnionym świetle. Nie wspominam już nawet, że może to być także świetna lektura do nieco bardziej zaawansowanej nauki samodzielnego czytania.

Nam najbardziej przypadły do gustu afrykańskie i chińskie. Celtyckich nawet nie ruszałem jeszcze, od razu zapakowałem żeby nie zaczął czytać :) Najmniej mi pasowały (i Młodemu też) te norweskie. One są takie mało baśniowe - mi się kojarzyły z XIX wiekiem, bardziej z Andersenem niż z baśniami-baśniami. Szkoda, bo liczyłem na masę karłów, czarownic i trolli, a tymczasem jest ich tam niewiele. Co nie znaczy, że są złe. Potem wyczytałem, że dla Norwegów to one są jakimś fundamentem tożsamości narodowej czy siakoś tak. To ja już wolę Kalevalę od Finów - też spisana w XIX wieku, ale jakże cudownie barbarzyńska i przedchrześcijańska! Zresztą wkrótce poczytam ją Młodemu.



wtorek, 14 grudnia 2010

Książki Beevor'a

Miałem ostatnio okazję przeczytać kilka książek Antony'ego Beevor'a - angielskiego historyka. W Polsce jego książki wydaje głównie Znak. Wzmianki o Beevorze znalazłem porozsiewane w różnych miejscach. Bardzo pozytywnie wypowiadał się o nim Davis (Norman), w innych książkach Beevor także cytowany jest często, więc postanowiłem spróbować.

Uwielbiam historię, ale traktowaną jako proces, nie sumę zdarzeń, szczególnie tych militarnych. Trochę obawiałem się, że takie będzie pisanie Beevora - w końcu mówi się o nim jako jednym z najzdolniejszych historyków wojskowości młodego pokolenia. A mnie rozważania, że 5 Dywizja zaatakowała 7. Korpus jakoś nudzą - nie znam skali, nie wiem czym to się dokładnie je i tego nie rozumiem. To trochę jak z czytaniem nut - znam teorię, ale dźwięków nie słyszę. Na szczęście moje obawy okazały się płonne, a kasa wydana na pierwszą kupioną przeze mnie książkę Beevora - D-Day okazała się być dobrze zainwestowana (aczkolwiek pociągnęła spore wydatki później).

Nie będę streszczał jego książek, bo nie o to chodzi. Do tej pory miałem okazję przeczytać "D-Day", "Berlin 1945. Upadek" i "Stalingrad" (nota bene obsypany nagrodami). Fascynujące. To nie są książki "militarne", aczkolwiek traktują o wojnie. Opowiadają o zwykłych ludziach, cytują fragmenty listów, pamiętników, dokumentów. Niesamowicie zmienia to perspektywę oglądania historii. Nie jest już bezosobową wojną toczoną przez armie, a jest pojedynkiem wciągniętych w jej bieg ludzi. Wydawało mi się, że jakoś temat II wojny ogarniam, ale po lekturze książek Beevora widzę, że miałem ogląd tylko lasu, a nie konkretnych drzew. A warto na te drzewa spojrzeć. Szczególnie "Stalingrad" zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Opisy cierpień zarówno jednej jak i drugiej strony są wstrząsające. Bardzo duże i zupełnie niepoprawnie politycznie pisze też Beevor o formacjach z innych krajów (także z Rosji) współpracujących z Wehrmachtem. Fascynujące. Dla mnie to duża część historii pisana zupełnie od nowa.

Z rzeczy wydanych w Polsce została mi jeszcze hiszpańska wojna domowa. Średnio mnie do tej pory interesowała, ale wiem że czytając Beevora się nie zawiodę. I na tym polega chyba siła dobrego autora - sięgnę po pozycję, której bez jego nazwiska pewnie bym nie ruszył. A tak przeczytam, a wiedza zostanie (no, częściowo). Mam też nadzieję, że wydane zostaną jego inne książki, np. te traktujące o Krecie, a jeśli nie, zawsze zostaje amazon :)

niedziela, 12 grudnia 2010

po urodzniach mlodego: wieczór z planszówka

No i po urodzinach. Jako że obraz wart jest tysiąca słów, poniżej kilka fotek z dwóch pierwszych gier Mlodego w "Flussfieber" (angielski tytuł: Fast Flowing Forest Fellers) - gry, którą dostał  w prezencie. Wcześniej miałem tylko podejrzenia, że może ona być fajna dla dzieciaków, teraz zweryfikowałem to doświadczalnie :) Jest rewelacyjna. Modularność plansz, szybkie tempo, proste reguły. Jedyne co na początku (tzn. przez pierwsze 10-15 minut) nie jest ogarniane od razu, to zyski z przepychania się. Ale jak się zobaczy jak robi to ktoś dorosły, to lekcja jest zapamiętywana błyskawicznie.

Jak ktoś szuka planszowego konceptu prezentowego dla dzieciaków - śmiało polecam. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej, zachęcam do przeczytania polskiej recenzji.









sobota, 27 listopada 2010

jak mikołaj docenia dobrych ludzi

Święta idą! Dzisiaj napisał do mnie Święty Mikołaj, z angielska posługujący się znanym skrótem SS. Ooooops... sporo różnych tłumaczeń, a to zwyczajny Tajemniczy Mikołaj (ang. Secret Santa). No więc ten wyżej rzeczony obergruppen mikołaj, napisał do mnie list o treści następującej:

Hi Marcin,

It looks like you have been a VERY good boy this year, so I have given the elves the OK to deliver to you early.
Here at the North Pole it is a cold night. The snow is falling and we have about 2cm this evening.
I hope you have a great Christmas.
You can let me know when the elves deliver by updating your comments or your profile

Merry Christmas
Wesołych Świąt

Best Wishes,

Santa
North Pole
Canada
H0H 0H0

No czyż nie jest to słodkie? Ot zaleta bycia dorosłym - zamiast pisać listu do Mikołaja, samemu się taki dostaje.  A tak zupełnie na marginesie, to mi się należało, bo dzisiaj udało się wydzielić z LEGO prawie dwa zestawy: port morski i samolot transportowy. Na jutro i przyszły tydzień, zupełnie nowe wyzwania: złożenie helikoptera ratowniczego i kombajnu. Szczególnie ten ostatni może być sporym wyzwaniem, bo część elementów Młody zżuł (najzupełniej dosłownie. masakra). W związku z powyższym, życzę sobie dużo cierpliwości.

wtorek, 23 listopada 2010

wreszcie granie (małe)

W sobotę miałem okazje grać w dwie nowości z Essen - jedną z Europy i jedną ze Stanów. Obie były - w swoich kategoriach - niezłe. Totalnie amertrashowa Isla Dorada i mocno europejski London.

Londyn wymaga na początku sporo wyjaśniania. Zasadniczo gra się prosto: rozwija się miasto, trzeba stawiać budynki, które na koniec gry przyniosą punkty (a w większości przypadków wcześniej - kasę). Do tego trzeba cały czas pamiętać o gromadzonych punktach biedy, które na koniec będą obniżać wynik rozgrywki. Fantastyczny dylemat - brać dużo kart i zwiększać elastyczność swoich ruchów licząc na efektywne zagrania, ale jednocześnie łapać dużo punktów biedy, czy zawężać front robót i budować często, ale małymi krokami? Po pierwszym zagraniu powiedziałbym, że gra na co najmniej kilka-kilkanaście partii, żeby dobrze załapać mechanikę i zacząć coś sensownego kombinować. Uwielbiam uczucie, kiedy w coś się gra (najczęściej po raz pierwszy), mijają koleje kolejki/ruchy a gry się nadal NIE OGARNIA. Nie wiadomo co zrobić, nie wiadomo na co to wpłynie, nie wiadomo jaki będzie skutek nie tylko dla mnie, ale także dla współgraczy, nie można zapanować w sposób sensowny nad mechanizmami generującymi negatywy dla graczy (w tym wypadku bieda). Cud, miód po prostu. Taka właśnie była ta pierwsza gra. Same niespodzianki, a na koniec wszyscy opowiadają co dlaczego zrobili i co zrobią następnym razem. Wallace (autor) po raz kolejny pokazał, że obecnie projektuje IMHO najlepsze ekonomiczne strategie na świecie, z bardzo dobrą mechaniką i świetnym klimatem. Boże, a u mnie na półce kurzy się od 3 tygodni reprint starszej gry Wallace'a - Liberte!

Isla Dorada to tytuł bardzo rozrywkowy (no, w końcu amerykański), przygotowany przez wytwórnie Fantasy Flight Games. Złośliwi wspomnieliby, że większość produkcji FFG to przerost formy nad treścią... (żetoniki, psiki, srurki, figurki i total, total mega festyn), ale ja nie jestem złośliwy, więc nie wspomnę. Tytułowa wyspa, to miejsce ekspedycji graczy, którzy po niej łażą i starają się zbierać punkty zwycięstwa. To trochę gra licytacyjna, gdzie stawką jest skierowanie wyprawy w kierunku dla nas korzystnym (fizycznie: chcemy żeby ekspedycja poszła tam, gdzie MY chcemy). Do tego każdy ma wylosowany tajny cel główny swojej wyprawy i stara się go (tajemniczo rzecz jasna) zrealizować (gdzieś dojść, coś odwiedzić itp). Gra jest bardzo lightowa i w sumie zabawna ale mnie odstręcza TRAGICZNĄ GRAFIKĄ. Kurwa, takie rysunki na kartach to się tworzy w żenujących książeczkach dla dzieci. Projektant zapadł na horror vacuoli, czy jak? Ja pierdole, tam nie ma skraja białego pola - jak u dzieci w przedszkolu, wszystko musi być pokryte kolorem i ZAMALOWANE. I do tego musi być - w mniemaniu autorów - śmiesznie. TRAGEDIA FUNKCJONALNA. Trzyma się ręku karty i każdą trzeba sprawdzać na specjalnej ściągawce, bo z karty za cholerę nie wiadomo o co chodzi. Do tego nazwy lokalizacji całkowicie z dupy, nawet nie idzie tego spamiętać i trzeba szukać po całej mapie gdzie przykładowa chujnaifdsfadfa czy kurwaleyyrutim się znajduje. Idzie się posrać. Festyn i mnogość kolorów na planszy dopełniają tragedii. A sama gra w sumie fajna nawet - taka totalnie nie wymagająca myślenia.

No i wieczór też dość udany, tylko grające towarzystwo maaaaaaaaaaaaaarne - nie dali wygrać gospodarzowi. Slaaaaaaaaaaaabo.

poniedziałek, 15 listopada 2010

młody przy planszy

Młody zaczyna przejawiać coraz większe zainteresowanie grami planszowymi per se. To znaczy on się nimi zawsze interesował, bawił, wymyślał reguły, układał, pomagał przy rozkładaniu, dzieleniu (np. 800 żetonów z symbolami jednostek - tak, tak, warto mieć dzieci), ale jakoś grać to nie za bardzo chciał. Jakiś czas temu zaczął pocinać (z sukcesami) w Ubongo, ale na tym się póki co kończyło.

No i wreszcie jest przełom i to jaki! Wieczorami nie chce oglądać filmów na kompie (chociaż wciąż męczy mnie o drugą część Piratów), tylko gramy w Die Kinder von Carcassonne, Czosnkowe wampiry i Pędzące żółwie. W sumie te gry dostał rok temu na swoje 5 urodziny, ale jakoś mu nie leżały. Teraz odkrył jak w nich kombinować (w dwóch chodzi i ukrywanie przed przeciwnikami wylosowanego przez siebie koloru i odgadywanie koloru innych graczy) i robi to naprawdę dobrze. Kombinuje jak koń pod górę i zdradza niezłe nawyki (np. jak mu kostka pokaże słaby wynik, to JEŚLI opiera się o planszę/whatever to reklamuje że powinien rzucać jeszcze raz. Klasyka gatunku!) Co najmniej kilka razy do końca nie wiedziałem jakim kolorem na 100% gra. Super! Nawet nauczył się nie wkurzać jak przegrywa, więc progres po całości.

Jeszcze rok i będzie mu można kupić jakieś naprawdę fajne dorosłe tytuły, jeno się musi nauczyć dobrze liczyć (z przekraczaniem progu dziesiątkowego). O samych grach napiszę pewnie jakoś wkrótce, ale to pewnie z pomocą Młodego już - niech się wypowie :)

wtorek, 5 października 2010

wyznanie statusowe

W robocie zapierdol, że po nocach wracam.
Na planszy grałem ostatnio 4 września coś (tak twierdzi BGG).
Na kompie nawet nie mam kiedy odpalić czołgów.
Książki skończyć nie mam kiedy.
Nie mam kiedy napisać porządnej notki.
Na Essen nie pojadę.
Dramat kurwa.