niedziela, 15 sierpnia 2010

młoda świni w akwa

Dzieci rosną. Fizycznie rosną. Sięgają wyżej. Do tego potrafią już podstawić se stołek i zabrać z półki puszkę żarcia dla ryb.

Młoda przykładowo (2 lata 3 miesiące) już wie że karmi się ryby. No i dzisiaj nakarmiła.
Całą puszką. Masakra.

Pokarm jest był płatkowy, więc przez następne pół godziny akwa wyglądało jakby w środku padał śnieg. A potem z młodym musieliśmy to sprzątać (żeby nie było: w akwa był syf i na niedziele planowałem sprzątanie, ale wczoraj NAGLE musiałem zmienić plany). Trzy razy podmieniałem wodę, a na dnie jeszcze te śmiecie leża, co oznacza że za dni 3 znowu się wszystko zapaskudzi.

sobota, 14 sierpnia 2010

słowiański mit

Z powodu dzieciów (własnych) nie miałem ostatnio (czytaj: od dobrych kilku lat) okazji zaglądnąć do muzeów (tak, wiem że dla tych którzy dzieci nie mają, wygląda to na tanie usprawiedliwianie się, ale faktycznie NIE MA SIĘ WTEDY CZASU). Nie wiedziałem też, jakie fajne wystawy teraz się organizuje. Szczęśliwie dla siebie (i młodego) trafiłem w Gdańsku na coś, co się nazywa słowiański mit. Jako że tematyka zarówno słowiańszczyzny (kopalnej) jak i teorii mitu jest mi bardzo bliska, więc udaliśmy się na zwiedzanko, dodatkowo zachęcani plakatami i hipermultimedialności tego przedsięwzięcia.



Jakież było moje zdziwienie, gdy doświadczyłem fantastycznie przygotowanej i świetnie opowiedzianej historii. Całość ekspozycji (chociaż trudno to nazywać ekspozycją, bo większości rzeczy można dotykać) podzielona jest na cztery części (co można zobaczyć na stronie internetowej). Najlepsze jest jednak to, czego tam nie pokazują (nie rozumiem dlaczego): otóż każda część ekspozycji to makieta w skali 1:1 (np. wnętrze chaty, cmentarzysko kurhanowe, obrzeże lasu, grób wojownika, namiot, etc.) w tle zaś wiszące ogromne (kilkumetrowe) monitory. Na monitorach wyświetlane są sceny z życia słowiańskich wspólnot. Całość jest tak zrobiona, że postacie są naturalnej wielkości i lekko nieostre, co sprawia niesamowite wrażenie "wejścia w świat".


W mojej grupie było sporo dzieciaków (jakieś 8-10 sztuk) i widziałem jak były zafascynowane. Zaciemnione pomieszczenie, ogromne ekrany z ciemnym i zamglonym lasem, w którym COŚ się pojawia i znika - rewelacyjne wytłumaczenie dlaczego ludzie bali się wtedy nocy, ciemności czy lasu. 

 (fot autor)


Do tego kapitalna przewodniczka, opowiadająca z ogromnym zacięciem. Bardzo, bardzo kształcące. Skąd wzięło się słowo "płacić"? Dlaczego "białogłowa"? Jak się rozliczano? Jak wydawano resztę?
Oczywiście wszyscy w strojach z epoki. REWELACJA.

środa, 11 sierpnia 2010

Wakacje w trójmieście (1)

Od soboty urzęduje w dawnym mieszkaniu znajomego. Przyjechalim z żona i dziećmi na tydzień. Po 3 dniach tutaj moge smialo powoedziec, ze miejsce jest zajebiaszcze: estetycznie bije warszawe na glowe (z tym ze to nie sztuka akurat) a wedlug mnie takze krakow i wroclaw. Kierowcy kulturalniejsi. Sprzedawcy chyba uczciwsi (na bazarach nie wciskaja starych warzyw i owocow) i daja nawet patagony. Szok!!! No i sa takze cudowne sciezki rowerowe, o jakich w wawie mozna jedynie pomarzyc.

No kusi mnie zeby rynek pracy tutejszy sprawdzic...

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Refleksje po integracji


Kilka dni temu miałem przyjemność być na firmowej integracji (chociaż nikt tak jej oficjalnie nie nazywał). O dziwo bawiłem się bardzo dobrze, a generalnie rzecz biorąc nie bywam często na takich imprezach.

Chyba wiem co jest przyczyną: różnica skali. Dotychczasowe wyjazdy to były mega spędy, ogromne stado ludzi, często bardzo słabo się znających. Efekt? Picie w podgrupach ze znajomymi i zero szerszej integracji. Działanie nieskuteczne, jeśli nie przeciwskuteczne.

Jak to życie potwierdza zasadę "less is more"...

środa, 4 sierpnia 2010

Służbowo i planszówkowo (prawie jak "Ogniem i mieczem")

Jutro wyjeżdżam służbowo-planszówkowo. Nie oznacza to (niestety), że teraz przenoszę się do branży growej, ale i tak dwa następne wieczory nie powinny być najgorsze. Zabieram ze sobą bowiem - uwaga, uwaga: surprise - dwie planszóweczki. Nauczony dotychczasowymi wyjazdami integracyjnymi, przezornie zabieram gry, które pozwalają grać także 1 osobie (takie bardziej skomplikowane pasjansiki;) Nie wiem czemu tak jest, ale gry zawsze przegrywają z wódką (najczęściej darmową) oraz tzw. "imprezami". Piszę "tzw.", bo jakże może być impreza bez planszy? No właśnie, nie może być :) Szczerze mówiąc nie wierze, że uda mi się w coś zagrać z kimś więcej, ale wypadki chodzą po ludziach i a nuż zdarzy się, że ktoś antybiotyki zacznie brać rano i nie będzie mógł pić?

Zabieram więc ze sobą "At the Gates of Loyang" i "Le Havre". Loyanga znam dobrze, bo kilka razy w niego już grałem.

"At the Gates of Loyang" jest przeuroczym pasjansikiem z drobnymi elementami negatywnej interakcji między graczami. Fantastyczna jest jego oprawa graficzna - uprawienie drewnianych warzywek działa na wszystkich. Na dodatek gra nie jest specjalnie wymagająca i tłumaczy się ją dość szybko. O samej grze nie będę tutaj pisał za wiele, bo inni zrobili to znacznie lepiej ode mnie.
"Le Havre" zbiera znacznie lepsze opinie (cięższy, bardziej wymagający, mniej losowy), ale jeszcze nie zdecydowałem się na odpalenie swojego egzemplarza. No przynajmniej raz to planuje sobie w niego zagrać, żeby wiedzieć co i jak chociaż.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Okoń nilowy w dokumencie

Obejrzałem dzisiaj wczoraj dostępny na iplex.pl pełnometrażowy dokument "Koszmar Darwina", poświęcony hmmm... no trudno powiedzieć czemu. Niby punktem wyjścia jest obecność w Jeziorze Wiktorii ryby o nazwie okoń nilowy, ale tak naprawdę w tym filmie o rybołówstwie jest najmniej. Przez półtorej godziny pokazany jest kompletnie chory ekosystem ekonomiczny: wielgachne samoloty wożą do Europy filety okonia, bogacą się na tym okoliczne firmy połowowe, wokół następuje totalny rozkład społeczeństwa (spowodowany niewyobrażalną wręcz biedą) ze wszystkimi przynależnymi mu cechami (głód, choroby, HIV/AIDS, prostytucja, przemoc, brak perspektyw).

Do tego w tle pokazani są przedstawiciele Unii Europejskiej, którzy na spotkaniach chwalą okoliczny przemysł przetwórstwa rybnego, jaki to on nowoczesny i umożliwiający eksport ryb do Europy. Tymczasem koszty przetwarzania tych ryb powodują, że nikt z okolicznych mieszkańców nie je ryb, bo ich na nie nie stać. Jedzą jakieś ochłapy. Oglądając to, każdy przyzwoity człowiek wstydzi się, że jest Europejczykiem i uczestniczy w klubie pt. Unia Europejska.

Najbardziej szokujące są jednak fragmenty pokazujące życie dzieci oraz "utylizację" odpadów. Widok ludzi brodzących po kostki w białych robakach zmieszanych z błotem (a wypadajacych z gnijących szczątków rybich suszonych na specjalnych stojakach) jest wstrząsający, podobnie ja zdjęcia z późniejszego spalania tych szczątków i smażenia rybich głów (tak, taki zgniłe rzeczy ludzie tam jedzą). Patrząc na to przychodzi do głowy tylko jedno skojarzenie -  Piekło.



I to jest chyba piekło na ziemi. Gdyby ktoś chciał zstąpić, to do obejrzenia na iplexie, a poniżej krótka zajawka:

niedziela, 1 sierpnia 2010

Rockowy poranek Trójkowy

Dzisiaj w Trójce genialna audycja "Historia pewnej płyty" (nota bene, co sobotę rano). Sama audycja fajna, ale najlepsze było w niej to, że mówiła o jednej z moich ulubionych płyt, czyli "Violet" by Closterkeller.

Pamiętam jak dosłownie po całych dniach nie schodziła ze słuchawek i jak w hotelu robotniczym przy ul. Dworcowej pobrzmiewały vocale Anji :) Jakby to wczoraj było, a tu minęło lat 17 (słownie: siedemnaście). Jezzzzzzzu!!! To niemożliwe jest! Ale fakt, sporo się zmieniło: Beksińskiego Tomasza z którym Anja urządzała konkursy na interpretację tekstów (bodajże tekst do "Violet" był przedmiotem konkursu) już nie ma, a sam Closterkeller poszedł w kierunku, który akurat mnie nie odpowiada. Wolę brzmienia nowofalowe, niż te niby metalowe riffy (nic do nich nie mam, ale szkoda potencjału Anji z płyt "Purple" i "Blue").

Violet to przede wszystkim dwa utwory: tytułowy (do pobrania ze strony Anji jeśli ktoś chce):


oraz najlepsza chyba wampiryczny utwór po polsku, czyli "Agnieszka":


Bardziej w klimacie nowej fali było słychać "Agnieszkę" na płycie "Blue".
Coś mi się wydaje, że muszę albo zdigitalizować kasetę (tak, mam to jeszcze na MC!) albo nabyć CD, bo heroina powraca w wielkim stylu.